sobota, 27 września 2014

Rozdział 10


    Obudziła się rano dziwnie wypoczęta. Żadnych snów nie pamiętała, więc uznała to za dobry znak. Wstała, ubrała się i wyszła z pokoju. W domu panowała cisza, co mogło znaczyć, że rodziców znowu nie było. Skierowała się w stronę kuchni, jednak przechodząc obok drzwi prowadzących do piwnicy usłyszała dziwny dźwięk, jak gdyby coś się w środku przesuwało. Obawiając się, że do domu mógł wkraść się włamywacz wzięła w dłoń pierwszą większą rzecz, którą znalazła pod ręką i otworzyła drzwi. Nie skrzypiały, więc uspokojona zaczęła schodzić. Wolnymi krokami dotarła na sam dół. Było ciemno, bo nie zapaliła światła, była również zdziwiona, że ten ktoś tego nie zrobił. Nie widziała żadnego światła latarki, więc polegała wyłącznie na swojej pamięci i odgłosach, które słyszała idąc naprzód. Nagle przed jej oczami zapaliło się kilka świec. Światło spowodowało ból głowy, przez co zamknęła oczy. Wokół niej dziwny dźwięk nasilił się na tyle, że mimo bólu musiała spojrzeć na jego źródło. Węże. Cała gromada ogromnych węży wiła się pod jej nogami. Stała, więc sparaliżowana obserwując poruszające się kształty, gdy coś innego przykuło jej uwagę. W kącie pomieszczenia siedziała starsza kobieta, przymykając powieki od blasku zapalających się jedna po drugiej świec. Po chwili płomienie zmieniły barwę na zieloną, a staruszka otworzyła oczy.

***

    Rozalia obudziła się i zmuszona była przez dłuższą chwilę trwać w bezruchu, ponieważ jej ciało pozostawało spięte. Gdy niewygodne wrażenie minęło, spojrzała na zegarek i postanowiła przyszykować się. Dziś miała odbyć się wycieczka. Jej pierwsza w życiu wycieczka. Myśl o tym była dla niej bardziej zajmująca niż analizowanie snu czy nawet wczorajsze zmartwienia. Chciała cieszyć się dniem, który dużo dla niej znaczył. W końcu następnego dnia miała skończyć osiemnaście lat.
    Po spakowaniu potrzebnych rzeczy do plecaka i ubraniu się stanęła przed lustrem. Dziwnie się czuła patrząc na swoje i wiele krótsze włosy. Dzień wcześniej po przyjściu do domu i wyjaśnieniu matce sytuacji, kobieta zadzwoniła po znajomą fryzjerkę, która doprowadziła obcięte kosmyki do ładu. Ubrań nie dało się doprać, więc je wyrzuciła. Całe wczorajsze wydarzenie dziewczyna zostawiła za sobą. Żaneta i tak dostała nauczkę, nawet jeśli było to niespodziewane. Wcześniejszego wieczora jednak bardzo dużo o tym myślała, również o sytuacji z Łukaszem. Chciała go uspokoić, bo wiedziała, że on też się tym zadręcza, jednak mimo własnej wiadomości nie mogła dojść do ładu. Po długich rozmyślaniach w końcu przestała się zamartwiać, jednak uczucie niepokoju wciąż tliło się w zakątkach jej umysłu. Mimo tego udało jej się zasnąć.
    Po pożegnaniu się z włosami Rozalia uśmiechnęła się, po czym zeszła do kuchni. Jej mina trochę zrzedła, gdy będąc jeszcze w przedpokoju zobaczyła swoją matkę patrzącą smutnym wzrokiem w okno. Była strasznie blada. Jej odcień skóry przybliżony był do tego Rozalii. Widać było, że kobieta czymś się martwi, więc jej córce udzieliła się niemiła atmosfera. Nastolatka przypomniała sobie wszystkie pytania, które zamierzała wcześniej zadać swojej rodzicielce, a o których kompletnie zapomniała przez natłok innych wydarzeń. Nie chciała jednak pytać matki teraz, gdy ta była w takim stanie.
    Brunetka weszła do pomieszczenia i uśmiechnęła się do matki chcąc dodać jej otuchy, jednak nie widząc jakiejś większej reakcji zaczęła robić sobie śniadanie. Zajęta ową czynnością nie usłyszała rodzicielki podnoszącej się z krzesła i podchodzącej do niej. Czując obejmujące ją ręce podskoczyła przestraszona, jednak rozpoznając sytuację uspokoiła się.
    - Przepraszam kochanie. Pozwól mi tak chwilę pobyć.
    Kobieta stała za Rozalią i mocno ją przytulała. Dziewczyna odwróciła się i odwzajemniła uścisk.
    - Co się dzieje mamo?
    - Nic takiego. Po prostu… Brakuje mi tych wszystkich chwil, które spędzałyśmy razem, gdy byłaś malutka. A teraz… Boję się. Tak strasznie się boję, że cię jutro zabraknie, że cię stracę.
    Nastolatka była ogromnie zdziwiona słowami matki. Nie spodziewała się, że jej rodzicielka może sądzić, że ona się wyniesie z domu od razu po skończeniu pełnoletniości. Co prawda myślała o tym i to niejednokrotnie, ale zdawała sobie sprawę, że nie dałaby sobie sama rady. Poza tym kochała rodziców mimo tych wszystkich ich zakazów.
    - Nigdzie się nie wybieram mamo.
    Na te słowa kobieta jeszcze bardziej wtuliła się w swoją wychowankę. Stały tak parę minut, aż starsza z nich odsunęła się.
    - Dziękuję córciu. Już mi lepiej.
    Mimo tych słów Rozalia widziała, że humor jej rodzicielki się nie poprawił. Nie miała jednak tyle czasu żeby zagłębiać się w temat. Zjadła posiłek siedząc przy matce i próbując ją bezskutecznie zagadać, po czym wyszła z domu.
    W drodze na miejsce zbiórki natknęła się na Łukasza. Uśmiechnęła się podchodząc do niego. Widziała, że jest zaskoczony jej zmianą wyglądu. Miała tez w planach zrobić mu jeszcze większą niespodziankę. Myślała o ich sytuacji bardzo długo i wiele spraw sobie poukładała. Wiedziała już czego chce, dlatego poruszała się z większą pewnością siebie. Podeszła do chłopaka i pocałowała go w policzek. Oboje byli lekko zmieszani, ale cieszyli się tym drobnym gestem. Przynajmniej dopóki nie usłyszeli za sobą dziwnego okrzyku.
    - Łooo!
    Dwójka nastolatków odwróciła się w kierunku głosu, jednak widząc znajomą twarz odetchnęli z ulgą.
    - Ja cię kręcę! Tego się nie spodziewałam. Tak w ogóle to na początku myślałam, że jakaś laska się dobiera do Łukasza, a tu proszę, Roza. Kompletnie cię nie poznałam. Bardzo ładnie wyglądasz w tej fryzurze, co nie, Łukasz?
    - Oczywiście. Chociaż trochę szkoda włosów…
    - Nic nie szkoda. Włosy szybko odrosną, a zmiana może mi wyjść na dobre.
    Po krótkiej wymianie zdań i wysłuchaniu przez parę jak ich koleżanka zachwyca się wcześniejszą sytuacją, zaczęli iść dalej. Atmosfera między nimi ani trochę nie przypominała tej wczorajszej. Nawiązała się między nimi luźna rozmowa, podczas której Rozalia i Łukasz trzymali się za ręce, a Jowita kroczyła obok nich. W wesołych humorach dotarli na miejsce i odprowadzani spojrzeniami pozostałych uczniów wsiedli do autobusu.

***

    - Dobrze, słońca wy moje. Główną część wycieczki mamy za sobą. Pamiętajcie, żeby napisać sprawozdanie z tego, czego się dziś nauczyliście. Macie teraz godzinkę czasu dla siebie i proszę żebyście stawili się tu, w tym miejscu punktualnie o trzynastej. Jeśli nikt się nie zgubi, a taką mam nadzieję, pojedziemy jeszcze w jedno miejsce, więc postarajcie się pilnować zegarków. To tyle na teraz z mojej strony. Życzę miłej zabawy.
    Gdy przemowa wychowawczyni się skończyła wszyscy szybko się rozproszyli chcąc trochę pozwiedzać miejsce, do którego zostali przywiezieni. Znajdowali się na dużym rynku pełnym sklepów i straganów różnego rodzaju. Zewsząd słychać było gwar, a kolory różnorakich przedmiotów na wystawach cieszyły oko. Było to dobre miejsce by spędzić miło czas i kupić kilka pamiątek. Jednak przez wszechobecny ścisk trudno było chodzić w trzyosobowej grupie, więc Jowita postanowiła zostawić parę samym sobie i razem ze swoja przyjaciółką poszła w innym kierunku. Pozostała dwójka korzystała z wolnego czasu, uważając żeby się nie zgubić.
    Rozalia była zachwycona. Krążyła od stoiska do stoiska podziwiając przedmioty, które do tej pory dane jej było widzieć jedynie na ekranie telewizora. Łukasz z dużym entuzjazmem towarzyszył jej w zachwytach przez co wyglądali jak dwójka małych dzieci w wesołym miasteczku. Po półgodzinnej przeprawie przez część targu nieświadomie rozdzielili się. Nastolatka nie była z tego faktu zadowolona. Próbowała wrócić w miejsce, w którym jak pamiętała byli jeszcze razem, niestety tłum ludzi nieustannie spychał ją w zupełnie innym kierunku. Załamana dziewczyna w końcu poddała się i postanowiła spróbować wrócić na miejsce zbiórki. Miała z tym problem z powodu napierających na nią ze wszystkich stron ludzi, przez co trafiła w jakąś boczną uliczkę. Było na niej dość ciemno, ale nawet cienie pobliskich domów nie zdołały ukryć wszechobecnych śmieci, wśród których roiło się od gryzoni. Rozalia usłyszała obok siebie jakiś szelest i czyjś głos.
    - Witaj kochanieńka.
    Brunetka odwróciła się do osoby, która się odezwała. Była to starsza kobieta odziana w różnokolorowe, nieco zniszczone ubrania i chusty. Siedziała przy niskim stoliczku z kartami i różnymi dziwnymi przedmiotami, których nastolatka nie potrafiła nazwać.
    - Nie zechciałabyś może dowiedzieć się jaką drogę twój los dla ciebie wybrał?
    W owej kobiecie było coś, co przyciągało do niej dziewczynę. Nastolatka położyła swoją rękę na dłoni staruszki. Ta przymrużyła oczy i zaczęła się poruszać w dziwny sposób co zaskoczyło Rozalię. Mimo rosnącego niepokoju brunetka nadal trzymała swoją rękę nad tą staruszki i wpatrywała się w jej ruchy do momentu, aż ta się odezwała.
    - Biednym jesteś dziecko moje. Krótkim żywot twój będzie.
    Dziewczyna przestraszyła się. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Podskoczyła czując rękę Łukasza na ramieniu. Chłopak znalazł ją i chciał zabrać ze sobą, jednak w chwili, gdy dotknął dziewczyny wróżbitka mocno zacisnęła swoje palce wokół dłoni nastolatki. Kobieta uniosła powieki i oczom pary ukazały się jedynie dwie białe gałki oczne. Staruszka odchyliła w tył głowę i zaczęła wydawać z siebie gardłowy odgłos. Gwar pobliskiej ulicy ucichł zupełnie, a zza pleców wróżbitki unosił się zielony dym. Wokół trójki ludzi zgromadziły się  wszelkiej maści gryzonie o zielonych ślepiach. Dwójka czarnowłosych była przerażona. Chcieli uciec, ale nie mogli się ruszyć. Wtedy staruszka zaczęła mówić.
    - Dwa kwiaty zrodzone pod jednym księżycem, splotą swe więzy przy pierwszym spotkaniu. Zakazane uczucie zgubnym będzie, lecz nie ma od niego ucieczki. Osiemnasty schyłek lata dwa owoce stworzy. Przeznaczeniem ich ofiara. Gniew szmaragdu dotknie tych, którzy na drodze losu stawać będą.
    Kobieta mówiła dziwnym językiem, lecz para doskonale ją rozumiała. Nie pojmowali skąd znali tego typu mowę, jednak nie to było najważniejsze. Staruszka osunęła się na ziemię puszczając dłoń dziewczyny. Stworzenia wokół zniknęły tak szybko jak się pojawiły, a ulica obok znów tętniła życiem. Dwójka nastolatków czym prędzej uciekła z tego miejsca w tłum ludzi i biegła przez targ mocno trzymając się za ręce, aż dotarli do autobusu. Wsiedli do środka i zajęli swoje miejsca. Gdy nadszedł czas odjazdu żadne z nich nie reagowało na zaczepki Jowity, która wierciła się niecierpliwie. Blondynka widziała, że coś jest nie w porządku dlatego odpuściła. Para siedziała skulona w sobie i do końca wycieczki niewiele do nich docierało.
    W drodze do domu blond włosa towarzyszyła im próbując się czegoś dowiedzieć jednak na próżno. Gdy dwójka brunetów miała się rozstać spojrzeli po sobie, a Łukasz zwrócił się do Jowity.
    - Mogłabyś ją odprowadzić do domu?
    Zaskoczona dziewczyna zgodziła się kiwnięciem głowy, po czym spojrzała na Rozalię. Ta trzymała chłopaka za rękaw bluzy patrząc mu w oczy.
    - Uważaj na siebie.
    - Ty również.
    Po pożegnaniu się pocałowali się lekko w usta, po czym zaczęli iść w swoich kierunkach, co chwilę odwracając się za siebie.
    - Ej, Roza... Co się dzieje? Wyglądacie jakbyście ducha zobaczyli. Jak chcesz to możesz się wygadać, Wbrew pozorom umiem słuchać, a nie tylko gadać.
    - Nie mogę ci powiedzieć.
    Rozalia odpowiedziała lekko zachrypniętym głosem. Od spotkania ze staruszką jej organizm był w stanie ciągłego strachu. Nic więcej nie powiedziała koleżance, jedynie podziękowała jej cicho, gdy dotarła do domu. To nie był jednak koniec atrakcji. Po przejściu przez drzwi usłyszała płaczącą w pokoju matkę, więc czym prędzej tam poszła. Pomieszczenie usłane było kartkami, a zalana łzami kobieta siedziała na podłodze z kilkoma zwitkami papieru w rękach i patrzyła się w telewizor. Z odbiornika dało się słyszeć relację reporterów, która zwróciła uwagę dziewczyny. Na ekranie pokazano dwie osoby o czarnych włosach i bladej cerze, kobietę i mężczyznę o zielonych pustych oczach. Na klatkach piersiowych obojga widniały rozmazane plamy, co wskazywało na użycie przez media cenzury. U dołu ekranu widniał napis „Łowca serc powraca”. Nastolatka nie wiedząc dlaczego poczuła ból w klatce piersiowej, a z jej oczu zaczęły lecieć łzy. Podeszła do swojej rodzicielki i przytuliła ją mocno. Kobieta spojrzała na córkę i wybuchła jeszcze większym płaczem. Siedziały w ten sposób tak długo, aż żadna z nich nie miała już siły ronić łez. Dopiero wtedy obie się uspokoiły.
    - Mamo, powiesz mi co się stało?
    - Zanim ci cokolwiek wyjaśnię, powiedz mi córeczko, ale szczerze... Czy poznałaś chłopca podobnego do siebie?
    Dziewczyna była zaskoczona pytaniem. Sposób w jaki kobieta wypowiedziała zdanie przekonał nastolatkę, że nie ma tym razem po co kłamać. Kiwnęła głową potakująco, w odpowiedzi otrzymując ciężkie westchnięcie.
    Matka Rozalii zamilkła na chwilę, jakby próbując pogodzić się z tym co usłyszała. Po jakimś czasie zaczęła mówić.
    - Widzisz córeczko... Razem z Piotrem trzymaliśmy coś przed tobą w tajemnicy, co już zaczęłaś się domyślać. Nie chciałam ci o tym mówić bo nie chcę cię stracić...
    Z oczu kobiety znów zaczęły lecieć łzy, mimo to kontynuowała.
    - Tak naprawdę nie jesteśmy twoimi biologicznymi rodzicami. Ci których powinnaś tak nazywać są teraz właśnie tam.
    To mówiąc wskazała na ekran telewizora. Rozalia nie wierzyła w to co słyszała.
    - Bo widzisz, nie jesteś zwykłą osóbką kochanie, tak jak i oni zwykli nie są... nie byli...
    W miarę wypowiedzi matki, dziewczyna zaczynała wszystko sobie w głowie układać. Niedowierzanie mieszało się z ogromnym uczuciem żalu i smutku.
    - Ona przyszła do nas te osiemnaście lat temu z tobą, taką malutką na rękach, zapłakana. Dopiero co się urodziłaś. Wyjaśniła nam dużo rzeczy i poprosiła, błagała nas byśmy się tobą zaopiekowali. Powiedziała, że jeśli zostaniesz z nią niechybnie umrzesz... Na początku nie chcieliśmy z Piotrem w to wszystko uwierzyć. To było dla nas niedorzeczne. Ale uwierzyliśmy. Musieliśmy. Byłaś dla nas cudem. Bo widzisz... oboje z Piotrem jesteśmy bezpłodni, nie mogliśmy mieć dziecka. W pewnym sensie mogłam ją zrozumieć, nie chciała żebyś zginęła. Powiedziała nam też o tym że jest jeszcze drugie dziecko. Twój bliźniak. Mówiła, że on jest daleko stąd, bo wasza dwójka nie może się nigdy spotkać. Jeśli tak by się stało obojgu z was stałaby się krzywda. Dlatego tak cię pilnowaliśmy, dlatego to wszystko... Ja cię przepraszam, ale zrozum, bałam się o ciebie. Traktuję cię jak moje rodzone dziecko, nie chcę by coś ci się stało.
    Zaniosła się płaczem chowając twarz w dłoniach, gdy znów się trochę uspokoiła, kontynuowała.
    - Dostawałam od niej listy. Od nich obojga... Pisali w nich wszystko co wiedzieli i co mogłoby pomóc cię chronić. Nie było tego dużo. Oni też nie mogli się ujawniać, ale starali się robić co w ich mocy by nic się wam nie stało. I dziś właśnie przyszedł list... On tu jest, prawda? Przeniósł się do naszego miasteczka... A oni... chcieli coś zrobić, spróbować... A tamci ich...
    Na zegarze wybiła godzina dwudziesta. Rozalia słysząc głośny dźwięk otrząsnęła się, bo ogarnęło ją uczucie lekkiego otępienia. Zaczęła zbierać wszystkie papiery z podłogi.
    - Chciałam je przejrzeć, przypomnieć sobie cokolwiek, dowiedzieć się czy jestem w stanie coś zrobić... Ale nie mogę. Jestem zbyt słaba. Jestem tylko człowiekiem.
    Nastolatka nie wiedziała na początku co może odpowiedzieć. Przytuliła mocno kobietę i ucałowała ją w czoło.
    - Dziękuje ci za wszystko, mamo.
    Po tych słowach wzięła wszystkie kartki i przeniosła się z nimi do stolika. Wyłączyła telewizję, która już dawno zmieniła temat zainteresowania i skupiła się na czytaniu. Po chwili obok niej usiadła starsza z nich. Siedziały tak w ciszy parę godzin, po czym kobieta usnęła. Rozalia zaczęła myśleć o Łukaszu. Musiała z nim porozmawiać. Jeśli dobrze zrozumiała tekst zapisany w listach, zostało im mało czasu. Jednak gdy chciała wstać by zadzwonić, ogarnęło ją ogromne uczucie znużenia. Gdy zegar wybił północ, zasnęła od razu.

***

    W tym samym czasie Łukasz siedział zamknięty w pokoju próbując rozgryźć znaczenie słów wróżbitki. Mimo nieustannego strachu jaki czuł po całym wydarzeniu, różne myśli nie dawały mu spokoju. Zastanawiał się czy u Rozalii wszystko w porządku, co robi. Po powrocie do domu nie odezwała się do niego. Może coś jej się stało? Chciał być przy niej, wiedział jednak, ze przynajmniej na razie nie jest to możliwe. Jego myśli przerwał hałas dochodzący zza drzwi. Nagle otworzyły się one, a do pomieszczenia weszła niska brązowowłosa kobieta, która do razu znalazła się przy chłopaku przytulając go.
    - Łukaszku kochany. Nic ci nie jest?
    Na jej twarzy malowało się zmartwienie. Brunet spojrzał z pytaniem w oczach na wujka stojącego w przejściu, jednak ten wyglądał na równie zaskoczonego. Tak jak chłopak nie spodziewał się ciotki, która powinna być w swoim domu na drugim końcu kraju.
    - Łukasz, kochanie. Pakuj się. Zabieram cię z powrotem do siebie. Nie możesz tu zostać.
    - Co? Nie! Nie zgadzam się!
    Oburzony chłopak odsunął się od kobiety i spojrzał na mężczyznę, który wolnymi krokami podchodził do byłej żony.
    - Mówiłeś, że mogę tu zostać!
    - Nic z Zofią nie ustalałem. Wparowała tu przed chwilą mówiąc, że cię zabiera. Ja się z nią nie zgadzam.
    - Nie zgadzasz się, bo o niczym nie wiesz.
    - To może nam wytłumaczysz?
    - Ja… muszę to zrobić dla twojego dobra Łukasz. Obiecałam twoim rodzicom, że będę cię chronić. Myślałam, że tu będziesz bezpieczny, ale Krzysiek najwyraźniej nie potrafił cię upilnować.
    - Zosia, on już nie jest małym dzieckiem żeby pilnować go na każdym kroku.
    - Tak? A wiedziałeś, że pojechał dziś sobie na wycieczkę?
    Mężczyzna był zaskoczony, jednak nie dał po sobie tego poznać. Spojrzał na podopiecznego trzymającego opuszczoną głowę, po czym westchnął.
    - Tak, wiedziałem. Puściłem go. A ty skąd o tym wiesz?
    - Puściłeś? Puściłeś?! Przecież ci mówiłam tyle razy, że on nie może jeździć w nieznane miejsca.
    Kobieta usiadła na krześle i zakryła dłońmi twarz.
    - I co ja mam teraz zrobić. Na pewno jest już za późno. Zwłaszcza, że oni nie żyją…
    - Kto taki?
    Zofia drgnęła. Dotarło do niej, że przez nieuwagę powiedziała za dużo.
    - Nieważne…
    - Skoro zaczęłaś mówić ciociu to skończ. Skoro powiedziałaś o tym podczas rozmowy o mnie to znaczy, ze ma to ze mną jakiś związek, więc mam prawo wiedzieć o czym mówisz.
    Łukasz mówił szorstkim tonem patrząc szatynce w oczy. Było po niej widać, że się waha i nie wie co powiedzieć.
    - Dobrze. Powiem wszystko co wiem, ale najpierw usiądźcie.
    Po wykonaniu przez pozostałą dwójkę prośby, kobieta zaczęła mówić cichym głosem patrząc się w podłogę.
    - Wszystko zaczęło się kiedy osiemnaści lat temu moja siostra zadzwoniła do mnie zapłakana. Na początku nie rozumiałam w ogóle o co jej chodziło. Mówiła coś o jakimś dziecku i mimo łez nie wydawało mi się, że jest smutna. Jako że przez telefon nie zrozumiałam zbyt dużo, postanowiłam do niej pojechać. I wtedy poznałam ciebie Łukaszu. Byłeś taki malutki… Wyglądało na to, że dopiero co przyszedłeś na świat. A Wiktoria była taka szczęśliwa trzymając cię na rękach. Tak samo jak Adam. Szczerze, nie miałam pojęcia o co chodziło, skąd oni nagle wzięli dziecko. Wiktoria zawsze mi się żaliła, że oboje nie mogli mieć dzieci. Nie przypominałam sobie też żeby ona w ogóle była w ciąży… A potem mi wszystko wyjaśnili.
    - Zaraz… Chcesz mi powiedzieć, że moi rodzice nie są moimi biologicznymi rodzicami?
    - Kochanie, posłuchaj. Cokolwiek ci powiem musisz wiedzieć, że Wiktoria i Adam kochali cię całym sercem. Byłeś ich upragnionym dzieckiem…
    - Czyli nie byli. A więc co się stało z tymi biologicznymi?
    Kobieta westchnęła. Zaczęła zdawać sobie sprawę jak ciężki temat musi właśnie wyjaśnić.
    - To jest już coś co opowiedziała mi Wiki. Tego wieczoru, o którym przed chwilą powiedziałam, ale wcześniej, przyszedł do nich mężczyzna. Miał czarne włosy, bladą, prawie białą cerę i zielone oczy. Trzymał cię w rękach i przytulał, a z jego oczu leciały łzy. Tak go opisała… Poprosił twoich rodziców, a właściwie to błagał by zaopiekowali się tobą, bo on nie może tego zrobić. Mówił, że grozi ci niebezpieczeństwo i jeśli nie zostawi cię pod ich opieką to możesz zginąć. Ja wiem, ze to głupio brzmi. Sama nie chciałam w to wierzyć, ale nic nie mówiłam. Byłam pewna, że będą dobrymi rodzicami. Dopiero później jak urodziła się moja córka dostrzegłam różnicę. Różnicę w wychowywaniu. Oni byli zdecydowanie nadopiekuńczy wobec ciebie. W końcu spytałam Wiktorię czemu się tak zachowują. I powiedziała mi. Powiedziała, ale było to dla mnie niedorzeczne. Dopiero później dotarło do mnie, że mówiła prawdę. Byłeś inny niż reszta dzieci. Bardzo się wyróżniałeś, nie tylko wyglądem, ale też zachowaniem. I zaczęłam wierzyć w to wszystko co moja siostra mówiła mi parę lat wcześniej, a sama zaczęłam, mimowolnie traktować cię tak jak oni. Mimo wszystko byłeś dla mnie siostrzeńcem. Pokochałam cię jak członka rodziny i również chciałam cię chronić… a oni dostawali listy. Zawsze trzymali je i nikomu nie pokazywali. Dopiero po tym okropnym zdarzeniu, gdy zginęli oboje, na mnie spadł cały ciężar, z jakim się zmagali. Ciężar tych listów. Dowiedziałam się z nich wielu rzeczy, których normalny człowiek nie powinien wiedzieć. Przeraziłam się. Bałam się, że spotka mnie to samo co ich, ale wiedziałam też, że nie mogę cię zostawić samego. Stosowałam się do wszystkiego co było mi wiadome. Oprócz jednej rzeczy. Pozwoliłam ci wyjechać stamtąd. A teraz jesteś tu, w miejscu, w którym zdecydowanie nie powinno cię być.
    Zapadła cisza. Łukasz patrzył się w sufit próbując przyswoić sobie to czego się dowiedział. Jego wujek skupiony patrzył na byłą żonę czekając na kontynuację. Nie miał pojęcia o niczym, co przed chwilą usłyszał. Wcześniej miał zupełnie inny obraz całej sytuacji. Powoli uświadamiał sobie, że być może popełnił błąd. Siedzieli w trójkę w ciszy, dopóki z ust chłopaka nie padło pytanie.
    - Rozumiem teraz ich zachowanie. A dlaczego nie mogę tu zostać?
    Szatynka nadal milczała. Trwało to dobre kilka minut, więc brunet zaczął się niecierpliwić.
    - Ciociu, skoro to takie ważne, to czemu nic nie mówisz?
    - Bo nie znam powodu… Wiem tylko, że nie możesz tu być.
    Kobieta zaczęła szukać czegoś w torebce. Wyciągnęła jakąś kartkę i spojrzała na nią.
    - Większość rzeczy, którymi się stosowałam po prostu przeczytałam. A tego dowiedzieć się nie mogę. Nie znam tego języka. Próbowałam to porównać do każdego języka jaki udało mi się znaleźć, współczesnego czy starożytnego. Nic jednak nie wskórałam. Wiem tylko, że jest tu osoba, dziewczyna, z którą nie możesz się spotkać.
    Łukasz wziął do ręki zwitek. Cała kartka była zapisana ładnym pismem. Przeczytał wszystko, aż dotarł do interesującego go najbardziej fragmentu.
    „Wiemy, ze to o co prosimy będzie trudne do wykonania. Wiemy też, że dla Niego nie będzie to zbyt miłe. Jednak oni nie mogą się zobaczyć. Osoby zajmujące się jego siostrą także zostały przez nas o tym ostrzeżone. TO nie może się wydarzyć."
    Niżej był wypisany tekst w innym języku, jednak chłopak z łatwością przeczytał pierwsze dwa wyrazy: "
Dwa kwiaty…". Nie czytał dalej. Nie musiał. Zamknął oczy. Pierwsze wersy przepowiedni stały się dla niego jasne. Domyślał się również co znaczą pozostałe.
    - Dobrze… A skąd wiesz, że moi… biologiczni rodzice nie żyją? Z tego co usłyszałem nie widziałaś ich nigdy, ani też nikt inny o nich nie wiedział.
    - Z reportażu. W telewizji dziś. Dwójka podobnych do ciebie ludzi zginęła w taki sam sposób jak Wiktoria i Adam. Do tego niedawno przyszły zaległe listy które trafiały na adres, pod którym wcześniej mieszkałeś. Najwidoczniej nie wiedzieli o tym, że teraz jesteś już pod opieką kogoś innego. Albo wiedzieli tylko nie mieli sposobu inaczej się ze mną skontaktować. A ja nie jestem aż tak głupia żeby nie połączyć ze sobą oczywistych faktów. Jak tylko to zobaczyłam wsiadłam w samochód i przyjechałam. Byłam u ciebie w szkole i wszystkiego się dowiedziałam. Wystarczyło popytać parę osób. Oboje z nią się wyróżniacie, więc nie miałam problemu. To wszystko co miałam do powiedzenia. Teraz już wiesz, że musisz stąd wyjechać.
    Zofia wstała z zamiarem spakowania siostrzeńca, jednak została powstrzymana przez niego.
    - Nie ciociu. To już nie ma sensu. Tak naprawdę dla was będzie lepiej jeżeli ja tu zostanę…
    - Jak to dla nas? Tu nie chodzi o nas, tylko o ciebie!
    Kobieta była szczerze zdziwiona stwierdzeniem chłopaka. Spojrzała na zegarek.
    - Łukasz proszę cię. Nie chcę żeby coś ci się stało.
    - Już za późno ciociu. Poza tym nie mam zamiaru zostawiać Rozalii.
    Szatynka załamała ręce. Spojrzała na byłego męża z błaganiem w oczach próbując uzyskać pomoc.
    - Oczekujesz ode mnie, że przekonam go do wyjazdu, mimo, że to ja go tu sprowadziłem? Raczej niemożliwe. Poza tym… sądząc po jego minie wygląda na to, ze teraz to on wie z nas najwięcej.
    Mężczyzna poczochrał włosy swojego podopiecznego i lekko go przytulił.
    - Słuchaj młody. Jesteś już dużym facetem i uważam, że to naprawdę dobrze mieć własne zdanie, ale nie uważasz, ze ciotce też należą się jakieś wyjaśnienia? Już nie mówię o sobie, bo ja mam naprawdę małe pojecie o całej tej sytuacji.
    - Jeżeli teraz wyjadę to zginiecie oboje. Przy czym oni i tak mnie dopadną, tak samo jak Rozalię. Jeśli zostanę to będę mógł się zastanowić, czy jest jeszcze jakieś wyjście z całej tej sytuacji.
    - A skąd to wiesz?
    - Z tego czego nie mogłaś przeczytać ciociu. Jest to przepowiednia, którą usłyszeliśmy dziś na wycieczce. Poza tym… oni już wiedzą, że oboje tu jesteśmy. Obserwują nas. I czekają. Ten kto spróbuje im przeszkodzić zginie.
    - Skąd możesz być tego taki pewny? Przecież dopiero co ci o tym wszystkim powiedziałam.
    - W niedzielę… wujek o mało nie zginął.
    - Co?
    Nastała głucha cisza. Kobieta patrzyła z niedowierzaniem na pozostałą dwójkę. Mężczyzna otworzył usta chcąc coś powiedzieć, jednak Łukasz nie dał mu na to szansy.
    - Wtedy kiedy mnie szukałeś to oni cię poprowadzili w tamto miejsce. Zgubiłem się, gdy trzymałem to coś co miało odganiać złe rzeczy. Znalazłem cię dopiero gdy to coś zgubiłem. Nie uważasz, że to dziwne? Dużo dziwnych rzeczy mi się przytrafiło ostatnio, więc przywykłem. Ale nie chcę żeby z mojego powodu coś wam się stało. Wiem, że chcecie mnie chronić, ale wolałbym, żeby nie było bezsensownych ofiar. Nie zapominajcie, że macie własną córkę. A teraz wybaczcie, ale muszę zadzwonić.
    Spojrzał na zegarek stojący na półce, który wskazywał 11:59. Zdążył jedynie sięgnąć po telefon, zanim ogarnęła go senność. Gdy cyfry zegara zmieniły się chłopak już spał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz