Na wstępie: Rozdział wyszedł mi
trochę dziwniejszy niż zakładałam, zwłaszcza na końcu (co zauważyłam dopiero po
przeczytaniu całości po napisaniu rozdziału).W każdym razie nie zamierzałam
nikogo urazić/obrazić, a wszystko to tylko fikcja literacka, więc mnie nie
zlinczujcie :)
To ostatni rozdział tego
opowiadania.
Zapraszam do czytania :)
___________________________________________________________
W pokoju pojawiło się pięć zakapturzonych
postaci, które od razu skierowały się w stronę chłopaka. Zofia kierowana złym
przeczuciem rzuciła się by ochronić siostrzeńca, jednak została natychmiast
odepchnięta przez jedną z nich i z ogromną siłą uderzyła o ścianę. Przerażony
Krzysztof podbiegł do niej. Nieprzytomna kobieta osunęła się w jego ramiona.
- Zabierajcie go. Dziewczynę zabierzemy potem.
- A co a nimi?
Jedna z postaci wskazała dwójkę przy
ścianie.
- A co ma być?
- Jak to co? Wiedzą o nas. Nie powinniśmy się ich pozbyć?
- Byłyby z tego same problemy. Rób co chcesz, ale On nie będzie
zadowolony z zamieszania jakie by z tego wynikło.
- A może po prostu usuniemy im pamięć?
Tym razem odezwała się kobieca postać
podchodząc do rozmawiającej dwójki.
- Albo po prostu zmienimy… W tych ich
pudłach mówią coś o człowieku, który zabija ludzi, więc…
- Chcesz zostawić fałszywy trop?
Kiwnięcie głową odpowiedziało na pytanie.
- To się tym zajmij, potem do nas dołączysz.
A wy zabierajcie chłopaka i idziemy.
Dwójka osób wzięła Łukasza pod ręce i
zaczęła wychodzić razem z dwójką innych. Kobieta stała w miejscu odprowadzając
ich wzrokiem, jednak gdy Krzysztof podniósł się chcąc powstrzymać porywaczy
odepchnęła go z powrotem pod ścianę. Kiedy pozostałe postacie zniknęły odezwała
się do mężczyzny.
- Możesz mi wierzyć, że dla was będzie
lepiej jeśli zrobię to, co muszę. I tak nic byście nie wskórali, a ja mimo
wszystko nie lubię zbędnych ofiar.
Kobieta podeszła do dwójki położyła dłoń na
czole szatynki pochylając się. Krzysztof przyglądał się jej mimo przerażenia.
Włosy postaci wypadły spod kaptura ukazując długie czarne kosmyki. Kobieta
zamruczała kilka słów pod nosem, a wokół jej dłoni pojawiło się coś
przypominającego zielony dym. Zofia zaczęła cicho pojękiwać, na co mężczyzna
oprzytomniał. Chwycił postać za rękę próbując ją odciągnąć.
- Jeśli teraz przerwę zniszczę jej mózg
więc nie przeszkadzaj.
Krzysztof cofnął dłoń i już w milczeniu
przyglądał się zabiegom nieznajomej. Ta po kilku minutach zabrała rękę z czoła
szatynki i odwróciła się w stronę mężczyzny z zamiarem powtórzenia czynności na
nim.
- Dlaczego to robicie?
Postać zatrzymała rękę. Jej
szmaragdowozielone oczy spotkały się z oczami mężczyzny.
- Tak zostało zapisane.
- W takim razie gdzie jest napisane, że to
właśnie jego musicie zabrać?
- Nie ma sensu ci o tym mówić skoro i tak
nie będziesz pamiętał.
- Nawet jeśli zmienisz wspomnienia, uczuć
się nie pozbędziesz. A strata kochanej osoby to okropne uczucie. Nie wiem kim
jesteś, ale chyba nawet ty powinnaś wiedzieć jak to jest stracić kogoś.
- Wiem. Musiałam zabić własną siostrę. I
muszę stracić dwójkę siostrzeńców. W innym wypadku zginie cała nasza rasa. Tyle
ci mogę powiedzieć.
Krzysztof już nic nie powiedział. Nie
spodziewał się usłyszeć czegoś takiego. Dłoń kobiety spoczęła na jego czole.
Poczuł ból, po czym stracił przytomność.
***
Rozalia zaczęła się wybudzać, gdy słońce
było już dość wysoko na niebie. Usłyszała rozmowę.
- Mówię ci, że masz jej pilnować. Zaczęła reagować.
- O co tyle hałasu. Przecież nawet jak czegoś spróbuje to ją znajdziemy.
Nie wiem czego wy się boicie.
Dziewczyna chciała się dowiedzieć do kogo
należą głosy, jednak nie była w stanie nawet otworzyć oczu. Okropny ból
rozsadzał jej głowę. Postanowiła poczekać na dalszy rozwój wydarzeń.
- O wróciła… Damroka, Załatwiłaś co chciałaś?
- Tak. Cała czwórka nic o nas nie pamięta.
- Że też chciało ci się w to bawić.
- Daj jej spokój. Skoro ma swój własny pogląd na ten temat to niech ma i
nie powinno cię to obchodzić.
- Taa… tylko żeby z tą dwójką nie zrobiła nic głupiego.
- Nie martw się o to. Nie jestem głupia.
- Lederg, o co ci chodzi? Potwierdziła swoją lojalność już wystarczająco
pozbywając się Kalmira i Milan.
- Ja nic nie mówiłem…
- Przestańcie tyle gadać. Zaraz będziemy wchodzić.
Nastała cisza. Po kilku minutach dziewczyna
poczuła, że ktoś ją podnosi. Słyszała też, że obok niej niesiony jest ktoś
jeszcze. Była pewna, że wie kto to. Wiedziała, że nie jest w tej sytuacji sama,
dlatego się nie bała. Usłyszała odgłos przesuwania. Ból głowy powoli przestawał
być odczuwalny, więc brunetka mogła się skupić na co się działo wokół niej. Otworzyła
oczy.
- Obudziła się.
Usłyszała głos za sobą. Osoby, które ją
niosły zatrzymały się.
- On też.
Rozalia odwróciła głowę i napotkała
wzrokiem Łukasza. Była zaskoczona, bo wyglądał inaczej. Jego czarne włosy stały
się dłuższe, a oczy nie były już szare, a lekko zielone. Na jego twarzy
malowało się zdziwienie, więc domyśliła się, że ona również musiała się zmienić
w jakiś sposób. Została postawiona na nogi i pchnięta lekko w kierunku
chłopaka.
- Skoro już mogą chodzić to niech idą razem. Nadar, pilnuj ich.
Dwójka nastolatków nie rozumiejąc do końca
sytuacji zaczęła iść trzymając się za ręce, jednak szybko się puścili zdając
sobie sprawę, że są obserwowani. Rozalia zaczęła się rozglądać. Szli z Łukaszem
otoczeni przez piątkę osób ubranych w czarne płaszcze z kapturami, czterech
mężczyzn i kobieta. Wszyscy byli podobni do siebie pod względem koloru włosów,
oczu i cery, mówili też w tym dziwnym języku, który słyszała w przepowiedni, a
który doskonale rozumiała. Dzięki listom, które przeczytała nie była całą
sytuacją zbytnio zaskoczona. Wyjaśniło się wiele rzeczy, które zaprzątały jej
głowę, lecz niektóre sprawy nadal były dla niej niejasne. Z zamyślenia wyrwał
ją trzepot skrzydeł. Nad ich grupę nadleciało kilka ptaków, więc dziewczyna
ponownie się rozejrzała. Przechodzili przez jakąś grotę, jednak wokół nich było
nadzwyczaj jasno, a na skałach rozwinięta była roślinność, której brunetka
nigdy wcześniej nie widziała. Schodzili w dół jaskini, a im dalej się
zagłębiali tym więcej żywych, dziwnych istot pojawiało się na ścianach. Dało
się zauważyć również kilka rozwidleń. Dziewczyna poczuła się dziwnie szczęśliwa
widząc to wszystko.
- Dobra, jesteśmy. Damroka, zaprowadź ich do pokoju, wiesz gdzie. My
idziemy do Niego.
- W porządku.
Czwórka mężczyzn odeszła kierując się w
stronę jednego z korytarzy, a kobieta wzięła nastolatków pod ręce i
poprowadziła ich w inną stronę. Gdy się zatrzymali pozostawiła ich w jakimś
pomieszczeniu. Pomimo braku światła z zewnątrz było na tyle jasno, by rozróżnić
poszczególne kształty. W pokoju znajdowało się coś w rodzaju łóżka i okrągły
skalny stoliczek, bardzo niski, wiec wyglądało na to, że zasiadało się przy nim
na ziemi pokrytej dywanem przypominającym pole mchu.
- Przyjdę do was później. Jeśli będziecie
mieli jakieś pytania to postaram się na nie odpowiedzieć. Przynajmniej tyle
mogę dla was zrobić.
Kobieta wyszła, a w przejściu pojawiło się
kilka węży, jednak nie wpełzły one do środka. Wyglądało na to, że miały pilnować
wejścia. Gdy tylko dwójka nastolatków została sama, Łukasz podszedł do Rozalii
i lekko ją objął. Dziewczyna wtuliła się w niego.
- Nic ci nie zrobili?
- Nie, nic mi nie jest, ale rodziców już
raczej nie zobaczę.
- Coś im się stało?
- Nie wiem. Zasnęłam i obudziłam się
dopiero tutaj. Mam nadzieję, że wszystko u nich w porządku.
- Ja też mam nadzieję, że mój wujek i
ciotka są cali. Ciocia dużo mi powiedziała. Chciałem do ciebie zadzwonić i ci
wszystko powiedzieć, ale nie zdążyłem.
- Mama mi wszystko powiedziała jak wróciłam
do domu… Jesteśmy w kropce. Skoro nas tu zabrali to raczej teraz już im nigdzie
nie zwiejemy… A miałam nadzieję, że uda nam się tego jakoś uniknąć.
- Boisz się?
- O dziwo nie. Z jakiegoś powodu czuję się
tu jak w domu…
- Najprawdopodobniej tak jest. Ja też czuję
się tu swobodniej niż gdziekolwiek indziej. Pewnie tu się urodziliśmy.
- Nasi… biologiczni rodzice nas stąd
zabrali żebyśmy się nie spotkali.
- A ci tutaj sprowadzili nas z powrotem.
- Wiesz, że wyglądasz teraz jak… ojciec?
Łukasz odsunął się od niej lekko i spojrzał
jej w oczy nie rozumiejąc o co jej chodzi. Dziewczyna kontynuowała.
- Jak wróciłam do domu mama płakała. Pokazała
mi ich w telewizji… martwych. Przez tą sytuację mi wszystko powiedziała… Oboje
zapewne wyglądamy jak… oni.
Ciężko było jej wymówić słowa. Ogarnął ją
ogromny żal. Chłopak ponownie ją przytulił.
- Łukasz, ja… kocham cię. Nie jak brata,
ale jako chłopaka. I… i nie żałuję, że się spotkaliśmy. Nigdy mi to przez myśl
nie przeszło.
- Ja ciebie też kocham.
Brunet pocałował ją delikatnie w usta,
jednak intymny moment został przerwany przez syczenie węży. Oboje spojrzeli w
stronę wejścia, w których stała kobieta z wcześniej. Nic nie mówiąc usiadła na
dywanie z mchu i wskazała naprzeciwko sugerując, by oni zrobili to samo, co też
uczynili.
- Tak jak mówiłam, przyszłam odpowiedzieć
na wasze pytania. Jeśli jakieś macie oczywiście.
Nastała głucha cisza, podczas której dwójka
nastolatków zastanawiała się co powiedzieć. Pierwsza odezwała się Rozalia,
starając się odpowiednio dobrać słowa.
- Czy naszym… opiekunom nic się nie stało?
- Nic im nie zrobiłam w zakresie fizycznym.
Jednak zmieniłam im wspomnienia, by o nas nie pamiętali. Myślą, że ktoś was
porwał… Jedynie kobieta w jego domu mogła doznać jakiegoś urazu, bo jeden z
tych kretynów ją odepchnął. Jednak jej życiu nic nie zagraża. Osobiście to
sprawdziłam.
Odetchnęli z ulgą. Po chwili odezwał się
Łukasz.
- Dlaczego zabiliście moich rodziców…
opiekunów? Bo z tego co się dowiedziałam to wasza sprawka.
Kobieta zamyśliła się skubiąc kawałek
płaszcza. Po chwili zaczęła mówić.
- Wasi rodzice oddali was w różne miejsca,
a my musieliśmy was znaleźć. Najpierw wpadliśmy na jej trop, bo jak się okazuje
mieszkała bliżej tego miejsca.
Wskazała głową Rozalię.
- Nie mogliśmy jednak podjąć żadnych
działań jeśli chodzi o zabranie jej dopóki nie znaleźliśmy twojego miejsca
pobytu. Trwało to długo, ale w końcu jakiś czas temu udało nam się ciebie
znaleźć. Mieliśmy jednak pewne problemy, a musieliśmy doprowadzić do waszego
spotkania. Któryś z naszych… zaczął działać samodzielnie. Uznał, że należy
pozbyć się przeszkody i niestety tak właśnie zrobił.
Chłopak kiwnął głową na znak, że rozumie
jednak w jego oczach widać było smutek. Po tym odezwała się Rozalia.
- A dlaczego ty tak się nami przejmujesz?
Twoje zachowanie wobec nas jest trochę inne niż reszty. Co jest tego powodem?
Kobieta była zaskoczona pytaniem. Nie
bardzo wiedziała co ma powiedzieć, więc minęło dobre kilka minut zanim ponownie
zaczęła mówić.
- Być może to dlatego, że jestem siostrą
waszej matki… Nie chcę, by inni płacili za jej błędy, zwłaszcza wy. Tak jak ja,
należycie do tej… społeczności. Macie do wykonania zadanie, które tylko wy
możecie wypełnić i niestety nie macie wyboru, bo tu rządzą prawa inne niż u
ludzi. Ja zdaję sobie z tego sprawę. Moja siostra jednak zawsze była
buntowniczką i kiedy was urodziła tak jakby… złamała się. Pękła ta cienka nić
przynależności do nas. A ona chciała za wszelką cenę chronić was od tego, co
was czeka. Wplątała w to wszystko niczemu winnych ludzi.
- W takim razie kim jesteście… jesteśmy. I
na czym polega to nasze zadanie.
- Jak pewnie zauważyliście różnimy się od
normalnych ludzi. Jesteśmy potomkami starożytnego plemienia, które praktykowało
pewien rodzaj kultu natury. Nasi przodkowie posiadali umiejętności wpływania na
umysły zarówno zwierząt jak i ludzi i nie tylko. Nie było to dobrze przyjmowane
w społeczeństwie, więc założyciele plemienia musieli się ukryć. Zeszli pod
ziemię, gdzie zaaklimatyzowali się dzięki swoim umiejętnościom. I tak zostało
do dziś. Mieszkamy pod ziemią, bo nie lubimy słońca, odzwyczajeni od jego
ciągłych promieni. Jesteśmy ludźmi jednak nie takimi jak inni. Nasz wygląd o
tym świadczy. I właśnie to skąd pochodzimy i co potrafimy powoduje, że co jakiś
czas musimy składać ofiarę. Mamy Prawo, którego nie możemy zmienić i które
decyduje o naszym przetrwaniu. W przeszłości były próby jego zmiany, jednak
kończyły się one tragicznie. Przez różne eksperymenty ciekawskich członków
zostało nas bardzo mało, jesteśmy osłabieni. I teraz mamy szansę, by to
naprawić. Musimy zastosować się do Prawa żeby przetrwać, bez względu na
wszystko, inaczej zginiemy.
- I to Prawo mówi o naszym zadaniu?
- Tak. Przekazałam wam część Prawa przez
tamtą kobietę. Musiałam was jakoś przygotować nie ujawniając się…
Kobieta westchnęła.
- Mimo podobnego wyglądu wszyscy w
plemieniu się różnimy. Można powiedzieć, że przez różnice w wyglądzie
determinowane są nasze umiejętności, chociaż nikt do końca nie wie czy to
prawda. Jednak co jakiś okres czasu zdarzają się urodzenia bliźniąt
dwujajowych. Dzieci bliźniacze nie posiadają po urodzeniu żadnych mocy, czyli
rodzą się jako zwykli ludzie. Są jednak związane z naszym plemieniem więzami
krwi i w dniu Przejścia dołączają do nas. Jednak by do tego doszło owe bliźnięta
musi łączyć uczucie inne niż takie do rodzeństwa. Dlatego gdybyście się do
dzisiejszego dnia nie spotkali nie byłoby w was żadnej zmiany.
- A czemu w takim razie musimy zostać
zabici?
- Za jakiś czas odbędzie się złożenie
ofiary. Do tego czasu wasza krew przywyknie do zmiany i zaczniecie odczuwać
przypływ dziwnego uczucia. Umiejętności, które powinniście rozwinąć po
urodzeniu uaktywnią się. Nagromadzona moc, która przez osiemnaście lat się
kumulowała, wyjdzie na zewnątrz. Musimy was… unieszkodliwić zanim to się
stanie, bo możecie wpaść w furię… Nie ukrywam, że będzie to dla was bolesne.
- Czyli musicie nas zabić, bo inaczej my to
zrobimy? To po co było to wszystko skoro to dla was takie niebezpieczne?
Łukasz w miarę słuchania coraz bardziej
zaczynał się denerwować. Rozalia starała się go uspokoić trzymając go za rękę,
mimo, że sama nie była zadowolona z tego co słyszy. Kobieta kontynuowała. - Wasza ofiara polega na oddaniu krwi,
właśnie podczas przebudzenia. My wtedy musimy ją… wchłonąć. W ten sposób nasza
moc się uzupełni i wróci do normalnego stanu i będziemy mogli żyć jako plemię
przez kolejne lata. Podczas przemiany pokoleń nasza moc słabnie,
najprawdopodobniej dzieli się między potomstwo i dlatego jest jej coraz mniej.
Jeśli zniknie całkowicie z organizmu, umieramy. Już wielu z nas poległo w ten
sposób. Została nas tylko garstka. Jeśli odzyskamy siły możemy zwiększyć naszą
liczbę, jeśli nie, wymrzemy.
- Kiedy dokładnie będzie to składanie
ofiary?
Rozalia spytała patrząc w sufit.
- Zaczniecie odczuwać zmiany jak tylko
wzejdzie księżyc. Kiedy zajdzie słońce rozpocznie się rytuał. To będzie chyba
za jakieś… cztery godziny. Jak się czujecie?
- Jestem zmęczona i jest mi gorąco.
- Mam to samo.
- Wiec chyba się zaczęło.
- Dobra, skoro już wiemy kim jesteście, to
teraz powiedz czemu wokół nas działy się te wszystkie dziwne rzeczy.
Chcieliście nas wystraszyć czy co?
- Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu… Im
bliżej było dzisiejszego dnia tym więcej z nas chciało mieć pewność, że
wszystko pójdzie jak powinno. Na początku tylko ja was pilnowałam. Jak już
mówiłam starałam się sprzątać bałagan zostawiony po siostrze… Chciałam być dość
dyskretna, ale odrzucaliście moje prezenty. Oni uznali, że się do tej roboty
nie nadaję i wzięli się za obserwację nie myśląc nawet o tym, że wy kompletnie
nie zdajecie sobie sprawy z sytuacji. Robili wszystko byleby wyszło po ich
myśli. Nawet wysłali jednego z młodych…
Kobieta westchnęła, po czym poruszyła się z
zamiarem wstania, jednak została zatrzymana pytaniem Rozalii.
- A te wszystkie koszmary to też twoja
sprawka?
- Koszmary? Nic mi o tym nie wiadomo. Poza
tym to dziwne. Nie powinniście mieć raczej możliwości, by śnić… Jakiego typu
koszmary mieliście?
- To było tak jakby… widzenie przyszłości w
bardzo nieprzyjemnej odsłonie…
- Tak można to ująć. Po kilku tego typu
koszmarach zastanawiałem się co się zdarzy następnego dnia, bo w pewnym sensie
miałem punkt zaczepienia, by domyślać się co się może zdarzyć.
- Hmm… to pewnie oni chcieli was w taki
sposób ostrzegać. Nawet zwiadowcę wysłali to co ja się dziwię.
- Oni? Masz na myśli…
- Kalmir chyba miał taką umiejętność, więc
to pewnie jego sprawka. Nie mogli z Milan się do was zbliżać, więc pewnie
próbowali wam pomóc w inny sposób skoro nie mogli się do was zbliżać.
- Nie mogli się zbliżać?
- Tak. Szukaliśmy was, ale ich również.
Jeśliby przy was byli to nasze poszukiwania trwałyby o wiele krócej. Jako że
byliście… zwykłymi ludźmi ciężko było was znaleźć. Dlatego oni uciekali,
przemieszczali się ciągle, by nas od was odciągnąć. Kiedy dowiedzieli się, że
jesteście razem chcieli się dostać do tamtego miasta. Nie mogłam dopuścić do
waszego spotkania… Musiałam usunąć… zagrożenie dla dobra plemienia.
- Więc zabiłaś własną siostrę…
Rozalia nie mogła uwierzyć w to co słyszy,
jednak Łukasz zadał pytanie, które ją zaciekawiło.
- Z tego co mówisz, nawet mimo mojego
spotkania z Rozalią była jakaś szansa żebyśmy mogli uniknąć tego co nas czeka?
Kobieta spojrzała na niego. Miły wyraz
twarzy zniknął.
-
Nie. Nie dopuścilibyśmy do tego. Wybaczcie, ale mimo pokrewieństwa, które mnie
z wami łączy, dla mnie ważniejsze jest plemię. Jeśli złożymy was dwoje w
ofierze przeżyją setki z nas.
Wstała i skierowała się w stronę wyjścia.
Na odchodnym odwróciła się jeszcze raz.
- Później ktoś po was przyjdzie.
Wyszła ponownie zostawiając za sobą węże na
warcie. Dwójka nastolatków siedziała przez jakiś czas w ciszy trzymając się za
ręce, próbując przyswoić sobie wszystko czego się dowiedzieli. Z każdą chwilą
czuli się coraz dziwniej, co utrudniało całkowite zrozumienie sytuacji. Jednak
jedno wiedzieli na pewno: w najbliższym czasie zginą. Pierwszy ciszę przerwał
chłopak.
- Co o tym wszystkim sądzisz?
Dziewczyna westchnęła i oparła głowę o jego
ramię.
- Trochę się pogubiłam na początku, ale
przynajmniej teraz wiem dlaczego działy się te wszystkie rzeczy. Jedno wiem na
pewno. Nasi rodzice nas kochali. Dali nam spokojne życie przez osiemnaście lat
poświęcając się przy tym, swój czas dla nas. Jednak jedno mnie zastanawia… Czy
to wszystko co powiedziała ta kobieta znaczy, że zakochałam się w tobie tylko
przez wzgląd na tą.. krew? Nie chcę żeby tak było.
- I na pewno tak nie jest. Spotkaliśmy się,
poznaliśmy i zakochaliśmy w sobie, bo tak chcieliśmy. Nie obchodzi mnie co oni
o tym sądzą.
Łukasz ujął delikatnie jej twarz w dłonie i
pocałował ją. Rozalia odwzajemniła pocałunek jednocześnie przysuwając się do
niego, oplatając rękami jego szyję. Wymieniali się pocałunkami kilka minut aż
zabrakło im tchu, przez co musieli oderwać się od siebie. Brunet spojrzał na
dziewczynę i uśmiechnął się.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też.
Siedzieli przytuleni do siebie. On bawił
się jej włosami, ona rysowała znaki na jego plecach. Oboje czuli się przy sobie
bezpiecznie, mimo, że wiedzieli co ich czeka. Ich ciała stawały się coraz
bardziej gorące, powoli wracał również ból głowy.
- Myślisz, że mamy jakąś szansę żeby…
Rozalia odezwała się cicho urywając na
chwilę, jednak zaraz po tym dokończyła.
- … żeby stąd uciec? Jeśli jest jakaś
szansa to chcę z niej skorzystać. Dopiero się poznaliśmy, spędziłam z tobą tak
mało czasu… Nie chcę tego wszystkiego stracić.
Łukasz mocniej ją objął i zamknął oczy.
- Z tego co powiedziała ta kobieta wynika,
że byłaby taka możliwość. Problem w tym, że nawet nie wiemy gdzie jesteśmy, nie
znamy tu żadnych przejść, nie mówiąc już o tym, że trzeba by było przejść obok
tych wszystkich ludzi.
- No i nie czuję się zbyt dobrze… Ty pewnie
też...
- Niestety… Ale tak.
Zamilkli. Rozalii zaczęło się kręcić w głowie.
Intensywne gorąco i ból głowy dawały się we znaki. Dziewczyna spojrzała na
chłopaka. On również patrzył na nią, teraz już całkiem zielonymi tęczówkami, a
z jego ciała zaczęła unosić się para. Opuściła głowę chcąc sprawdzić swój stan.
Jej ciało także zdawało się parować. Nagle usłyszeli coś nad sobą, więc oboje
ciężko oddychając unieśli głowy. Na stropie groty widać było dziesiątki motyli,
które uniosły się do lotu. Ich skrzydła połyskiwały dziwnie, powodując
iluminacje świetlne na ścianach. Wyglądało na to, że to one były źródłem
słabego światła w pomieszczeniu. Wszystkie kierowały swój lot w stronę jednej
ze ścian, przeciwnej do wyjścia. Tam osiadły ukazując inne przejście.
- Co jest…?
- Inne wyjście? Wcześniej… nie było go
widać…
Trudno było im mówić. Chcąc wstać
zauważyli, że bolą ich mięśnie. Z trudem podnieśli się do pozycji stojącej
trzymając się za ręce. Od strony nowego tunelu dało się słyszeć kroki.
Kierowało się w ich stronę kilka osób, które po jakimś czasie pojawiły się w
pokoju. Rozalia zauważyła, że żadna z nich nie należy do grupy osób, które
wcześniej ich przyprowadziły.
- Witamy was wybrańcy!
Czwórka mężczyzn ustawiła się przy wejściu
w szeregu i ukłoniła się w ich stronę. Jeden z nich zaczął do nich mówić.
- Wielki oczekuje waszego przybycia w sanktuarium. Bliski jest czas
ceremonii, dlatego byśmy radzi waszej zgody na eskortę ku ołtarzowi.
Łukasz spojrzał na Rozalię. Miała
opuszczoną głowę i oddychała ciężko. Widział, że nawet gdyby chcieli nie dadzą
rady się przeciwstawić. On sam ledwo trzymał się na nogach.
- Kim jest ten… Wielki?
Zapytał bez zastanowienia. Miał wrażenie,
że odwlekając czas, w którym opuszczą to pomieszczenie coś może się zmienić.
- Nie wolno nam o tym mówić
- Nalegam na odpowiedź…
Rozalia uniosła głowę. Zorientowała się, że
coś jest nie tak. Spoglądając na ustawionych w szeregu mężczyzn zauważyła, że
kilku z nich nerwowo porusza palcami, inni przygryzali wargę. Ich
przedstawiciel także nie miał wesołego wyrazu twarzy. Starała się wyprostować,
co uczynił też chłopak obok.
- Dostałem polecenie by przyprowadzić…
- Nie zgadzamy się na wyprowadzenie nas dopóki nie dowiemy się do kogo
mamy się udać.
Brunet brnął w sytuację chwytając się
cienia nadziei, że jednak mają szansę. Liczył się tylko czas. Zauważył, że
Rozalia zrozumiała o co chodzi, więc starał się pozować na osobę nieosłabioną.
- Chciałbym jednak byście się ustosunkowali do…
- Nie mamy najmniejszego zamiaru.
Tym razem odezwała się Rozalia patrząc
prosto w oczy mężczyźnie. Teraz już całkiem widoczne było zdenerwowanie u
wszystkich przybyłych osób. Jeden -
Wam zależy na czasie, nam na odpowiedzi. Dlatego najlepszym rozwiązaniem byłoby
gdybyście odpowiedzieli na pytanie.
- Ale Pani… my nie możemy…
Po chwili dało się usłyszeć szybkie,
ciężkie kroki z wnętrza tunelu. Dziewczyna poczuła lekki uścisk dłoni. Nie było
dobrze.
- Co się tu dzieje?
Mężczyzna wchodzący do pokoju był jednym z
osób, które ich przyprowadziły. Zgromił nastolatków spojrzeniem po czym
skierował oczy w stronę wcześniejszego mężczyzny.
- Panie! Oni wstrzymują się przed pójściem do Wielkiego Pana. Każą
opowiedzieć przed wyjściem…
- Rozumiem możecie odejść.
Członkowie eskorty szybko skłonili się po
czym błyskawicznie wyszli. Mężczyzna pozostały w pomieszczeniu zwrócił się do
pozostałej w pomieszczeniu dwójki.
- Nie wiem co wam siedzi w głowie, ale nie bądźcie tacy nadgorliwi.
- Chcemy po prostu się dowiedzieć dokąd nas zabieracie.
Łukasz nadal zostawał przy swoim mimo, że
nie czuł się zbyt pewnie. Zauważył, że lepiej mu się oddycha, gorąco powoli
przestało być odczuwalne, a ból mięśni zanikał. Jedyne co zostało to ból głowy,
który niestety nasilał się z każdą chwilą.
- Zabiorę was do sanktuarium plemiennego, do naszego przywódcy Wielkiego
Derwana, który jako jedyny może i potrafi przeprowadzić ceremonię odnowienia
krwi. Damroka powinna była wam powiedzieć o co chodzi.
- Owszem wspomniała jak to się odbywa i dlaczego.
- W takim razie nalegam byście opuścili ze mną to miejsce i udali się do
celu. Jako jedni z nas powinniście wypełnić swoją powinność.
Rozalia nie była zadowolona z tego co
słyszy. „Jedni z nas, dobre sobie. Chwilę wcześniej porywają nas z miejsca,
które nazywamy domem, mówią parę słów o jakimś Prawie i oczekują od nas
wypełnienia zobowiązania, które znaczy tyle co nasza śmierć”. Dziewczyna
spojrzała na Łukasza, który miał zmarszczone brwi. Wiedziała, że on myśli podobnie.
Lekko ścisnęła jego rękę.
- Rozumiem, że raczej wyboru to tak czy inaczej nie mamy.
- Nie macie.
- W takim razie prowadź.
Mężczyzna odwrócił się i kiwnął na nich
ręką. Dwójka spojrzała na siebie po czym powoli wszyscy ruszyli do tunelu.
Blask motylich skrzydeł oświetlał trasę
tworząc piękną zielonkawą łunę. Po paru metrach od wyjścia droga zaczęła się
rozszerzać. W końcu wyszli na pewnego rodzaju plac, gdzie znajdował się tłum
ludzi. Większa część z nich widząc ich skłoniła głowy, inni po prostu stali
patrząc na ich przemarsz. Wielu z nich wyglądało na chorych. Rozalia poczuła
dziwne uczucie w sercu. Z jednej strony chciała uciec jak najdalej z tego
miejsca z ukochanym i nie myśleć o niczym, z drugiej pojawiały się myśli
skłaniające ją do spokojnego podążania wyznaczoną ścieżką. Widziała w oczach
tych wszystkich osób nadzieję. Nadzieję, że coś może się dla nich zmienić. Oczy
dziewczyny zaszły mgłą, coś mokrego spływało jej po twarzy. Płakała.
- Rozalia, co się dzieje?
Łukasz chciał ją przytulić, pocieszyć, ale
nie wiedział co mógłby powiedzieć. Sam nie czuł się zbyt pewnie w tej sytuacji.
Ona jednak tylko otarła łzy kręcąc głową i szła dalej. Nawet nie zauważyła, że
prowadzący ich mężczyzna zatrzymał się patrząc na nią z niedowierzaniem, nie
dotarły do niej zszokowane spojrzenia wśród tłumu. Dziewczyna brnęła przed
siebie jakby znając drogę. Ból rozsadzał jej głowę. Łukasz szedł za nią w
milczeniu, obserwując każdy jej ruch. Wiedział, że coś się w niej zmieniło, ale
nie był w stanie stwierdzić co takiego. Po niedługim czasie jednak ból głowy
przyćmił wszelkie próby myślenia i on również zaczął iść kierowany przez swój
instynkt.
Dotarli do jakiegoś ogromnego
pomieszczenia, jednak nie zatrzymali się. Mężczyzna, który chwilę wcześniej ich
dogonił, chciał ich zatrzymać, oni
jednak odwrócili się w jego stronę i zgromili go spojrzeniem. Nie mógł
się ruszyć. Dwójka wybrańców przeszła przez wielką salę, do miejsca przykrytego
zasłoną z liści. Weszli poza nią do części otwartej u góry, zewsząd oświetlonej
przez księżyc, z dużym głazem pośrodku wyglądającym na ołtarz. Przystanęli
spoglądając w rozpościerające się nad nimi niebo.
- Piękny prawda?
Wypowiedziane przez kogoś słowa odbiły się
lekkim echem po ścianach. Mimo to oboje niewzruszeni nadal wpatrywali się w
pełnię, słuchając. Głos kontynuował.
- Jest naszym opiekunem, daje nam siłę by dalej trwać. Dzięki Niemu
jesteśmy tacy jacy jesteśmy. To On daje nam światło, to Jego prawem musimy się
kierować. Wy również jesteście tu dla Niego.
Kotara osłaniająca pomieszczenie została
podniesiona powodując zwężenie otworu. Księżycowe światło skupiło się jedynie
na ołtarzu. Oboje nastolatków ruszyło przed siebie w stronę głazu, jakby byli
przyciągani przez łunę. Do ołtarza prowadziły niewielkie schody, a na jego
środku wyrzeźbione zostały dwa wgłębienia, od których prowadziły kanały
prowadzące do swego rodzaju zbiorników poniżej.
- Dla Niego, ale także dla nas.
Zza pleców wspinającej się dwójki dało się
usłyszeć wzmagający się szum. Ludzie mijani wcześniej na korytarzach zaczęli
się gromadzić w ciemnej sali. Nie było ich jednak widać, jedynie dźwięk
świadczył o ich ilości. Jedyne źródło światła znajdowało się bezpośrednio nad
ołtarzem.
Gdy oboje nastolatków dotarło na szczyt
spojrzeli na siebie. Piłujący ból głowy nadal się nasilał, ale byli w stanie
zarejestrować swoją obecność. Złapali się za ręce. Podczas przemowy starca
zaczęli jednak odczuwać coś jeszcze. Nieprzyjemne uczucie pod skórą, jakby coś
się pod nią ruszało, potęgowane przez odczucie gorąca. Do stojących na ołtarzu
nastolatków dołączyło czterech mężczyzn, jednak nie zostali nawet zauważeni.
- Nadszedł dzień, w którym ukrócone zostaną nasze długoletnie
cierpienia. Nasze plemię gasło w oczach. Wielu z naszych pobratymców męczy
choroba. Wielu dokonało żywota. Pół milenium czekaliśmy na naszych wybawców i
oto przybyli.
Spojrzenia wszystkich spoczęły na ołtarzu,
a w sali zaległa głucha cisza. Wybrańcy zaczęli się dziwnie zachowywać, wijąc
się i drapiąc miejsca, które zostały objęte dziwnym uczuciem. Oboje zostali
złapani przez wcześniej przybyłe osoby. Po jakimś czasie zaczęli się wręcz
wyrywać, cicho jęcząc z bólu.
- Osiemnaście lat temu zrodzone zostały kwiaty, które teraz dają owoc.
Owoc, który dojrzewał byśmy mogli odzyskać dawną siłę.
Głos starca zaczął się zbliżać w stronę
ołtarza, a po chwili w świetle księżyca zalśniły dwa ostrza. Starszy mężczyzna
wchodził powoli po schodach, trzymając w rękach sztylety. Podszedł do
trzymanych osób. Pomimo bólu zarówno dziewczyna jak i chłopak nadal trzymali
się za ręce. Ich skóra parowała, a oczy świeciły się w szale jaki ich ogarnął.
Widać było, że osoby ich trzymające ledwo dają radę wykonywać swoje zadanie.
- Ja, Derwan, na mocy Prawa rozpoczynam ceremonię odnowienia krwi.
Starzec podszedł do nich i sztyletami
przeciął skórę nadgarstków. W sali rozległ się przeraźliwy wrzask, a na ołtarzu
pojawiły się plamy krwi. Wgłębienia na powierzchni zaczęły szybko zbierać w
sobie czerwoną ciecz, podczas gdy ofiarna dwójka nadal rzucała się próbując
uwolnić z uchwytu. Po krótkim czasie jednak oboje się uspokoili, gdy utrata
krwi ich osłabiła. Mężczyźni trzymający ich nie musieli już używać siły by ich
utrzymać, po pewnym czasie położyli ich na głazie. Kiedy w sali ponownie
zaległa cisza, starszy mężczyzna ponownie przemówił.
- Przepowiednia wypełniła się. Nastał czas byście uwolnili się od
ciążącego na nas fatum. Podejdźcie i nabierzcie sił na następne lata.
Z czerni dało się usłyszeć szelest, a po
chwili w świetle pojawiły się pierwsze twarze. Były to twarze małych dzieci,
które podchodziły do ołtarza z konsternacją i które z niewielkim oporem robiły
to co im nakazano. Wzięły do rączek niewielkie czarki napełniły je w
zbiornikach i wypiły. Wokół nich pojawiło się coś w rodzaju zielonej mgły.
Dzieci odstawiły czarki, ukłoniły się w stronę ołtarza i odeszły robiąc miejsce
dla kolejnych, coraz starszych osób. Każdy po kolei robił dokładnie to samo i
każdy odchodził z uczuciem ulgi jak i żalu w sercu.
Rozalia po którejś osobie z kolei zaczęła
odczuwać zimno i pewien rodzaj odrętwienia. Ból, który wcześniej rozrywał ją od
środka powoli odchodził w zapomnienie. Dziewczyna zauważyła, że podchodzą do
nich już osoby w wieku jej rodziców, jednak zaraz po tym odpłynęła. Ocknęła się
chwilę później, spojrzała na Łukasza, który miał zamknięte oczy. Chciała się do
niego przysunąć jednak nie miała siły, uścisnęła lekko jego dłoń, po czym znów
straciła przytomność. Gdy ponownie ją odzyskała do ołtarza podszedł już Derwan.
Zaczął coś mówić, ale ledwo go słyszała. Widziała, że się ukłonił. Było jej
zimno. Poczuła lekki uścisk dłoni i odwróciła głowę. Łukasz patrzył na nią z
przymkniętymi oczami. Chciał coś powiedzieć, ale nie dał rady wydać z siebie
dźwięku, więc odczytała słowa z ruchu warg. Uśmiechnęła się i zamknęła oczy, po
czym odpowiedziała w ten sam sposób: „Ja Ciebie też kocham”. Potem była już
tylko czerń.
-KONIEC-
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz