niedziela, 9 sierpnia 2015

Rozdział 11 - END


Na wstępie: Rozdział wyszedł mi trochę dziwniejszy niż zakładałam, zwłaszcza na końcu (co zauważyłam dopiero po przeczytaniu całości po napisaniu rozdziału).W każdym razie nie zamierzałam nikogo urazić/obrazić, a wszystko to tylko fikcja literacka, więc mnie nie zlinczujcie :)

To ostatni rozdział tego opowiadania.
Zapraszam do czytania :)
 ___________________________________________________________

    W pokoju pojawiło się pięć zakapturzonych postaci, które od razu skierowały się w stronę chłopaka. Zofia kierowana złym przeczuciem rzuciła się by ochronić siostrzeńca, jednak została natychmiast odepchnięta przez jedną z nich i z ogromną siłą uderzyła o ścianę. Przerażony Krzysztof podbiegł do niej. Nieprzytomna kobieta osunęła się w jego ramiona.
    - Zabierajcie go. Dziewczynę zabierzemy potem.
    - A co a nimi?
    Jedna z postaci wskazała dwójkę przy ścianie.
    - A co ma być?
    - Jak to co? Wiedzą o nas. Nie powinniśmy się ich pozbyć?
    - Byłyby z tego same problemy. Rób co chcesz, ale On nie będzie zadowolony z zamieszania jakie by z tego wynikło.
    - A może po prostu usuniemy im pamięć?
    Tym razem odezwała się kobieca postać podchodząc do rozmawiającej dwójki.
    - Albo po prostu zmienimy… W tych ich pudłach mówią coś o człowieku, który zabija ludzi, więc…
    - Chcesz zostawić fałszywy trop?
    Kiwnięcie głową odpowiedziało na pytanie.
    - To się tym zajmij, potem do nas dołączysz. A wy zabierajcie chłopaka i idziemy.
    Dwójka osób wzięła Łukasza pod ręce i zaczęła wychodzić razem z dwójką innych. Kobieta stała w miejscu odprowadzając ich wzrokiem, jednak gdy Krzysztof podniósł się chcąc powstrzymać porywaczy odepchnęła go z powrotem pod ścianę. Kiedy pozostałe postacie zniknęły odezwała się do mężczyzny.
    - Możesz mi wierzyć, że dla was będzie lepiej jeśli zrobię to, co muszę. I tak nic byście nie wskórali, a ja mimo wszystko nie lubię zbędnych ofiar.
    Kobieta podeszła do dwójki położyła dłoń na czole szatynki pochylając się. Krzysztof przyglądał się jej mimo przerażenia. Włosy postaci wypadły spod kaptura ukazując długie czarne kosmyki. Kobieta zamruczała kilka słów pod nosem, a wokół jej dłoni pojawiło się coś przypominającego zielony dym. Zofia zaczęła cicho pojękiwać, na co mężczyzna oprzytomniał. Chwycił postać za rękę próbując ją odciągnąć.
    - Jeśli teraz przerwę zniszczę jej mózg więc nie przeszkadzaj.
    Krzysztof cofnął dłoń i już w milczeniu przyglądał się zabiegom nieznajomej. Ta po kilku minutach zabrała rękę z czoła szatynki i odwróciła się w stronę mężczyzny z zamiarem powtórzenia czynności na nim.
    - Dlaczego to robicie?
    Postać zatrzymała rękę. Jej szmaragdowozielone oczy spotkały się z oczami mężczyzny.
    - Tak zostało zapisane.
    - W takim razie gdzie jest napisane, że to właśnie jego musicie zabrać?
    - Nie ma sensu ci o tym mówić skoro i tak nie będziesz pamiętał.
    - Nawet jeśli zmienisz wspomnienia, uczuć się nie pozbędziesz. A strata kochanej osoby to okropne uczucie. Nie wiem kim jesteś, ale chyba nawet ty powinnaś wiedzieć jak to jest stracić kogoś.
    - Wiem. Musiałam zabić własną siostrę. I muszę stracić dwójkę siostrzeńców. W innym wypadku zginie cała nasza rasa. Tyle ci mogę powiedzieć.
    Krzysztof już nic nie powiedział. Nie spodziewał się usłyszeć czegoś takiego. Dłoń kobiety spoczęła na jego czole. Poczuł ból, po czym stracił przytomność.


***


    Rozalia zaczęła się wybudzać, gdy słońce było już dość wysoko na niebie. Usłyszała rozmowę.
    - Mówię ci, że masz jej pilnować. Zaczęła reagować.
    - O co tyle hałasu. Przecież nawet jak czegoś spróbuje to ją znajdziemy. Nie wiem czego wy się boicie.
    Dziewczyna chciała się dowiedzieć do kogo należą głosy, jednak nie była w stanie nawet otworzyć oczu. Okropny ból rozsadzał jej głowę. Postanowiła poczekać na dalszy rozwój wydarzeń.
    - O wróciła… Damroka, Załatwiłaś co chciałaś?
    - Tak. Cała czwórka nic o nas nie pamięta.
    - Że też chciało ci się w to bawić.
    - Daj jej spokój. Skoro ma swój własny pogląd na ten temat to niech ma i nie powinno cię to obchodzić.
    - Taa… tylko żeby z tą dwójką nie zrobiła nic głupiego.
    - Nie martw się o to. Nie jestem głupia.
    - Lederg, o co ci chodzi? Potwierdziła swoją lojalność już wystarczająco pozbywając się Kalmira i Milan.
    - Ja nic nie mówiłem…
    - Przestańcie tyle gadać. Zaraz będziemy wchodzić.
    Nastała cisza. Po kilku minutach dziewczyna poczuła, że ktoś ją podnosi. Słyszała też, że obok niej niesiony jest ktoś jeszcze. Była pewna, że wie kto to. Wiedziała, że nie jest w tej sytuacji sama, dlatego się nie bała. Usłyszała odgłos przesuwania. Ból głowy powoli przestawał być odczuwalny, więc brunetka mogła się skupić na co się działo wokół niej. Otworzyła oczy.
    - Obudziła się.
    Usłyszała głos za sobą. Osoby, które ją niosły zatrzymały się.
    - On też.
    Rozalia odwróciła głowę i napotkała wzrokiem Łukasza. Była zaskoczona, bo wyglądał inaczej. Jego czarne włosy stały się dłuższe, a oczy nie były już szare, a lekko zielone. Na jego twarzy malowało się zdziwienie, więc domyśliła się, że ona również musiała się zmienić w jakiś sposób. Została postawiona na nogi i pchnięta lekko w kierunku chłopaka.
    - Skoro już mogą chodzić to niech idą razem. Nadar, pilnuj ich.
    Dwójka nastolatków nie rozumiejąc do końca sytuacji zaczęła iść trzymając się za ręce, jednak szybko się puścili zdając sobie sprawę, że są obserwowani. Rozalia zaczęła się rozglądać. Szli z Łukaszem otoczeni przez piątkę osób ubranych w czarne płaszcze z kapturami, czterech mężczyzn i kobieta. Wszyscy byli podobni do siebie pod względem koloru włosów, oczu i cery, mówili też w tym dziwnym języku, który słyszała w przepowiedni, a który doskonale rozumiała. Dzięki listom, które przeczytała nie była całą sytuacją zbytnio zaskoczona. Wyjaśniło się wiele rzeczy, które zaprzątały jej głowę, lecz niektóre sprawy nadal były dla niej niejasne. Z zamyślenia wyrwał ją trzepot skrzydeł. Nad ich grupę nadleciało kilka ptaków, więc dziewczyna ponownie się rozejrzała. Przechodzili przez jakąś grotę, jednak wokół nich było nadzwyczaj jasno, a na skałach rozwinięta była roślinność, której brunetka nigdy wcześniej nie widziała. Schodzili w dół jaskini, a im dalej się zagłębiali tym więcej żywych, dziwnych istot pojawiało się na ścianach. Dało się zauważyć również kilka rozwidleń. Dziewczyna poczuła się dziwnie szczęśliwa widząc to wszystko.
    - Dobra, jesteśmy. Damroka, zaprowadź ich do pokoju, wiesz gdzie. My idziemy do Niego.
    - W porządku.
    Czwórka mężczyzn odeszła kierując się w stronę jednego z korytarzy, a kobieta wzięła nastolatków pod ręce i poprowadziła ich w inną stronę. Gdy się zatrzymali pozostawiła ich w jakimś pomieszczeniu. Pomimo braku światła z zewnątrz było na tyle jasno, by rozróżnić poszczególne kształty. W pokoju znajdowało się coś w rodzaju łóżka i okrągły skalny stoliczek, bardzo niski, wiec wyglądało na to, że zasiadało się przy nim na ziemi pokrytej dywanem przypominającym pole mchu.
    - Przyjdę do was później. Jeśli będziecie mieli jakieś pytania to postaram się na nie odpowiedzieć. Przynajmniej tyle mogę dla was zrobić.
    Kobieta wyszła, a w przejściu pojawiło się kilka węży, jednak nie wpełzły one do środka. Wyglądało na to, że miały pilnować wejścia. Gdy tylko dwójka nastolatków została sama, Łukasz podszedł do Rozalii i lekko ją objął. Dziewczyna wtuliła się w niego.
    - Nic ci nie zrobili?
    - Nie, nic mi nie jest, ale rodziców już raczej nie zobaczę.
    - Coś im się stało?
    - Nie wiem. Zasnęłam i obudziłam się dopiero tutaj. Mam nadzieję, że wszystko u nich w porządku.
    - Ja też mam nadzieję, że mój wujek i ciotka są cali. Ciocia dużo mi powiedziała. Chciałem do ciebie zadzwonić i ci wszystko powiedzieć, ale nie zdążyłem.
    - Mama mi wszystko powiedziała jak wróciłam do domu… Jesteśmy w kropce. Skoro nas tu zabrali to raczej teraz już im nigdzie nie zwiejemy… A miałam nadzieję, że uda nam się tego jakoś uniknąć.
    - Boisz się?
    - O dziwo nie. Z jakiegoś powodu czuję się tu jak w domu…
    - Najprawdopodobniej tak jest. Ja też czuję się tu swobodniej niż gdziekolwiek indziej. Pewnie tu się urodziliśmy.
    - Nasi… biologiczni rodzice nas stąd zabrali żebyśmy się nie spotkali.
    - A ci tutaj sprowadzili nas z powrotem.
    - Wiesz, że wyglądasz teraz jak… ojciec?
    Łukasz odsunął się od niej lekko i spojrzał jej w oczy nie rozumiejąc o co jej chodzi. Dziewczyna kontynuowała.
    - Jak wróciłam do domu mama płakała. Pokazała mi ich w telewizji… martwych. Przez tą sytuację mi wszystko powiedziała… Oboje zapewne wyglądamy jak… oni.
    Ciężko było jej wymówić słowa. Ogarnął ją ogromny żal. Chłopak ponownie ją przytulił.
    - Łukasz, ja… kocham cię. Nie jak brata, ale jako chłopaka. I… i nie żałuję, że się spotkaliśmy. Nigdy mi to przez myśl nie przeszło.
    - Ja ciebie też kocham.
    Brunet pocałował ją delikatnie w usta, jednak intymny moment został przerwany przez syczenie węży. Oboje spojrzeli w stronę wejścia, w których stała kobieta z wcześniej. Nic nie mówiąc usiadła na dywanie z mchu i wskazała naprzeciwko sugerując, by oni zrobili to samo, co też uczynili.
    - Tak jak mówiłam, przyszłam odpowiedzieć na wasze pytania. Jeśli jakieś macie oczywiście.
    Nastała głucha cisza, podczas której dwójka nastolatków zastanawiała się co powiedzieć. Pierwsza odezwała się Rozalia, starając się odpowiednio dobrać słowa.
    - Czy naszym… opiekunom nic się nie stało?
    - Nic im nie zrobiłam w zakresie fizycznym. Jednak zmieniłam im wspomnienia, by o nas nie pamiętali. Myślą, że ktoś was porwał… Jedynie kobieta w jego domu mogła doznać jakiegoś urazu, bo jeden z tych kretynów ją odepchnął. Jednak jej życiu nic nie zagraża. Osobiście to sprawdziłam.
    Odetchnęli z ulgą. Po chwili odezwał się Łukasz.
    - Dlaczego zabiliście moich rodziców… opiekunów? Bo z tego co się dowiedziałam to wasza sprawka.
    Kobieta zamyśliła się skubiąc kawałek płaszcza. Po chwili zaczęła mówić.
    - Wasi rodzice oddali was w różne miejsca, a my musieliśmy was znaleźć. Najpierw wpadliśmy na jej trop, bo jak się okazuje mieszkała bliżej tego miejsca.
    Wskazała głową Rozalię.
    - Nie mogliśmy jednak podjąć żadnych działań jeśli chodzi o zabranie jej dopóki nie znaleźliśmy twojego miejsca pobytu. Trwało to długo, ale w końcu jakiś czas temu udało nam się ciebie znaleźć. Mieliśmy jednak pewne problemy, a musieliśmy doprowadzić do waszego spotkania. Któryś z naszych… zaczął działać samodzielnie. Uznał, że należy pozbyć się przeszkody i niestety tak właśnie zrobił.
    Chłopak kiwnął głową na znak, że rozumie jednak w jego oczach widać było smutek. Po tym odezwała się Rozalia.
    - A dlaczego ty tak się nami przejmujesz? Twoje zachowanie wobec nas jest trochę inne niż reszty. Co jest tego powodem?
    Kobieta była zaskoczona pytaniem. Nie bardzo wiedziała co ma powiedzieć, więc minęło dobre kilka minut zanim ponownie zaczęła mówić.
    - Być może to dlatego, że jestem siostrą waszej matki… Nie chcę, by inni płacili za jej błędy, zwłaszcza wy. Tak jak ja, należycie do tej… społeczności. Macie do wykonania zadanie, które tylko wy możecie wypełnić i niestety nie macie wyboru, bo tu rządzą prawa inne niż u ludzi. Ja zdaję sobie z tego sprawę. Moja siostra jednak zawsze była buntowniczką i kiedy was urodziła tak jakby… złamała się. Pękła ta cienka nić przynależności do nas. A ona chciała za wszelką cenę chronić was od tego, co was czeka. Wplątała w to wszystko niczemu winnych ludzi.
    - W takim razie kim jesteście… jesteśmy. I na czym polega to nasze zadanie.
    - Jak pewnie zauważyliście różnimy się od normalnych ludzi. Jesteśmy potomkami starożytnego plemienia, które praktykowało pewien rodzaj kultu natury. Nasi przodkowie posiadali umiejętności wpływania na umysły zarówno zwierząt jak i ludzi i nie tylko. Nie było to dobrze przyjmowane w społeczeństwie, więc założyciele plemienia musieli się ukryć. Zeszli pod ziemię, gdzie zaaklimatyzowali się dzięki swoim umiejętnościom. I tak zostało do dziś. Mieszkamy pod ziemią, bo nie lubimy słońca, odzwyczajeni od jego ciągłych promieni. Jesteśmy ludźmi jednak nie takimi jak inni. Nasz wygląd o tym świadczy. I właśnie to skąd pochodzimy i co potrafimy powoduje, że co jakiś czas musimy składać ofiarę. Mamy Prawo, którego nie możemy zmienić i które decyduje o naszym przetrwaniu. W przeszłości były próby jego zmiany, jednak kończyły się one tragicznie. Przez różne eksperymenty ciekawskich członków zostało nas bardzo mało, jesteśmy osłabieni. I teraz mamy szansę, by to naprawić. Musimy zastosować się do Prawa żeby przetrwać, bez względu na wszystko, inaczej zginiemy.
    - I to Prawo mówi o naszym zadaniu?
    - Tak. Przekazałam wam część Prawa przez tamtą kobietę. Musiałam was jakoś przygotować nie ujawniając się…
    Kobieta westchnęła.
    - Mimo podobnego wyglądu wszyscy w plemieniu się różnimy. Można powiedzieć, że przez różnice w wyglądzie determinowane są nasze umiejętności, chociaż nikt do końca nie wie czy to prawda. Jednak co jakiś okres czasu zdarzają się urodzenia bliźniąt dwujajowych. Dzieci bliźniacze nie posiadają po urodzeniu żadnych mocy, czyli rodzą się jako zwykli ludzie. Są jednak związane z naszym plemieniem więzami krwi i w dniu Przejścia dołączają do nas. Jednak by do tego doszło owe bliźnięta musi łączyć uczucie inne niż takie do rodzeństwa. Dlatego gdybyście się do dzisiejszego dnia nie spotkali nie byłoby w was żadnej zmiany.
    - A czemu w takim razie musimy zostać zabici?
    - Za jakiś czas odbędzie się złożenie ofiary. Do tego czasu wasza krew przywyknie do zmiany i zaczniecie odczuwać przypływ dziwnego uczucia. Umiejętności, które powinniście rozwinąć po urodzeniu uaktywnią się. Nagromadzona moc, która przez osiemnaście lat się kumulowała, wyjdzie na zewnątrz. Musimy was… unieszkodliwić zanim to się stanie, bo możecie wpaść w furię… Nie ukrywam, że będzie to dla was bolesne.
    - Czyli musicie nas zabić, bo inaczej my to zrobimy? To po co było to wszystko skoro to dla was takie niebezpieczne?
    Łukasz w miarę słuchania coraz bardziej zaczynał się denerwować. Rozalia starała się go uspokoić trzymając go za rękę, mimo, że sama nie była zadowolona z tego co słyszy. Kobieta kontynuowała.     - Wasza ofiara polega na oddaniu krwi, właśnie podczas przebudzenia. My wtedy musimy ją… wchłonąć. W ten sposób nasza moc się uzupełni i wróci do normalnego stanu i będziemy mogli żyć jako plemię przez kolejne lata. Podczas przemiany pokoleń nasza moc słabnie, najprawdopodobniej dzieli się między potomstwo i dlatego jest jej coraz mniej. Jeśli zniknie całkowicie z organizmu, umieramy. Już wielu z nas poległo w ten sposób. Została nas tylko garstka. Jeśli odzyskamy siły możemy zwiększyć naszą liczbę, jeśli nie, wymrzemy.
    - Kiedy dokładnie będzie to składanie ofiary?
    Rozalia spytała patrząc w sufit.
    - Zaczniecie odczuwać zmiany jak tylko wzejdzie księżyc. Kiedy zajdzie słońce rozpocznie się rytuał. To będzie chyba za jakieś… cztery godziny. Jak się czujecie?
    - Jestem zmęczona i jest mi gorąco.
    - Mam to samo.
    - Wiec chyba się zaczęło.
    - Dobra, skoro już wiemy kim jesteście, to teraz powiedz czemu wokół nas działy się te wszystkie dziwne rzeczy. Chcieliście nas wystraszyć czy co?
    - Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu… Im bliżej było dzisiejszego dnia tym więcej z nas chciało mieć pewność, że wszystko pójdzie jak powinno. Na początku tylko ja was pilnowałam. Jak już mówiłam starałam się sprzątać bałagan zostawiony po siostrze… Chciałam być dość dyskretna, ale odrzucaliście moje prezenty. Oni uznali, że się do tej roboty nie nadaję i wzięli się za obserwację nie myśląc nawet o tym, że wy kompletnie nie zdajecie sobie sprawy z sytuacji. Robili wszystko byleby wyszło po ich myśli. Nawet wysłali jednego z młodych…
    Kobieta westchnęła, po czym poruszyła się z zamiarem wstania, jednak została zatrzymana pytaniem Rozalii.
    - A te wszystkie koszmary to też twoja sprawka?
    - Koszmary? Nic mi o tym nie wiadomo. Poza tym to dziwne. Nie powinniście mieć raczej możliwości, by śnić… Jakiego typu koszmary mieliście?
    - To było tak jakby… widzenie przyszłości w bardzo nieprzyjemnej odsłonie…
    - Tak można to ująć. Po kilku tego typu koszmarach zastanawiałem się co się zdarzy następnego dnia, bo w pewnym sensie miałem punkt zaczepienia, by domyślać się co się może zdarzyć.
    - Hmm… to pewnie oni chcieli was w taki sposób ostrzegać. Nawet zwiadowcę wysłali to co ja się dziwię.
    - Oni? Masz na myśli…
    - Kalmir chyba miał taką umiejętność, więc to pewnie jego sprawka. Nie mogli z Milan się do was zbliżać, więc pewnie próbowali wam pomóc w inny sposób skoro nie mogli się do was zbliżać.
    - Nie mogli się zbliżać?
    - Tak. Szukaliśmy was, ale ich również. Jeśliby przy was byli to nasze poszukiwania trwałyby o wiele krócej. Jako że byliście… zwykłymi ludźmi ciężko było was znaleźć. Dlatego oni uciekali, przemieszczali się ciągle, by nas od was odciągnąć. Kiedy dowiedzieli się, że jesteście razem chcieli się dostać do tamtego miasta. Nie mogłam dopuścić do waszego spotkania… Musiałam usunąć… zagrożenie dla dobra plemienia.
    - Więc zabiłaś własną siostrę…
    Rozalia nie mogła uwierzyć w to co słyszy, jednak Łukasz zadał pytanie, które ją zaciekawiło.
    - Z tego co mówisz, nawet mimo mojego spotkania z Rozalią była jakaś szansa żebyśmy mogli uniknąć tego co nas czeka?
    Kobieta spojrzała na niego. Miły wyraz twarzy zniknął.
    - Nie. Nie dopuścilibyśmy do tego. Wybaczcie, ale mimo pokrewieństwa, które mnie z wami łączy, dla mnie ważniejsze jest plemię. Jeśli złożymy was dwoje w ofierze przeżyją setki z nas.
    Wstała i skierowała się w stronę wyjścia. Na odchodnym odwróciła się jeszcze raz.
    - Później ktoś po was przyjdzie.
    Wyszła ponownie zostawiając za sobą węże na warcie. Dwójka nastolatków siedziała przez jakiś czas w ciszy trzymając się za ręce, próbując przyswoić sobie wszystko czego się dowiedzieli. Z każdą chwilą czuli się coraz dziwniej, co utrudniało całkowite zrozumienie sytuacji. Jednak jedno wiedzieli na pewno: w najbliższym czasie zginą. Pierwszy ciszę przerwał chłopak.
    - Co o tym wszystkim sądzisz?
    Dziewczyna westchnęła i oparła głowę o jego ramię.
    - Trochę się pogubiłam na początku, ale przynajmniej teraz wiem dlaczego działy się te wszystkie rzeczy. Jedno wiem na pewno. Nasi rodzice nas kochali. Dali nam spokojne życie przez osiemnaście lat poświęcając się przy tym, swój czas dla nas. Jednak jedno mnie zastanawia… Czy to wszystko co powiedziała ta kobieta znaczy, że zakochałam się w tobie tylko przez wzgląd na tą.. krew? Nie chcę żeby tak było.
    - I na pewno tak nie jest. Spotkaliśmy się, poznaliśmy i zakochaliśmy w sobie, bo tak chcieliśmy. Nie obchodzi mnie co oni o tym sądzą.
    Łukasz ujął delikatnie jej twarz w dłonie i pocałował ją. Rozalia odwzajemniła pocałunek jednocześnie przysuwając się do niego, oplatając rękami jego szyję. Wymieniali się pocałunkami kilka minut aż zabrakło im tchu, przez co musieli oderwać się od siebie. Brunet spojrzał na dziewczynę i uśmiechnął się.
    - Kocham cię.
    - Ja ciebie też.
    Siedzieli przytuleni do siebie. On bawił się jej włosami, ona rysowała znaki na jego plecach. Oboje czuli się przy sobie bezpiecznie, mimo, że wiedzieli co ich czeka. Ich ciała stawały się coraz bardziej gorące, powoli wracał również ból głowy.
    - Myślisz, że mamy jakąś szansę żeby…
    Rozalia odezwała się cicho urywając na chwilę, jednak zaraz po tym dokończyła.
    - … żeby stąd uciec? Jeśli jest jakaś szansa to chcę z niej skorzystać. Dopiero się poznaliśmy, spędziłam z tobą tak mało czasu… Nie chcę tego wszystkiego stracić.
    Łukasz mocniej ją objął i zamknął oczy.
    - Z tego co powiedziała ta kobieta wynika, że byłaby taka możliwość. Problem w tym, że nawet nie wiemy gdzie jesteśmy, nie znamy tu żadnych przejść, nie mówiąc już o tym, że trzeba by było przejść obok tych wszystkich ludzi.
    - No i nie czuję się zbyt dobrze… Ty pewnie też...
    - Niestety… Ale tak.
    Zamilkli. Rozalii zaczęło się kręcić w głowie. Intensywne gorąco i ból głowy dawały się we znaki. Dziewczyna spojrzała na chłopaka. On również patrzył na nią, teraz już całkiem zielonymi tęczówkami, a z jego ciała zaczęła unosić się para. Opuściła głowę chcąc sprawdzić swój stan. Jej ciało także zdawało się parować. Nagle usłyszeli coś nad sobą, więc oboje ciężko oddychając unieśli głowy. Na stropie groty widać było dziesiątki motyli, które uniosły się do lotu. Ich skrzydła połyskiwały dziwnie, powodując iluminacje świetlne na ścianach. Wyglądało na to, że to one były źródłem słabego światła w pomieszczeniu. Wszystkie kierowały swój lot w stronę jednej ze ścian, przeciwnej do wyjścia. Tam osiadły ukazując inne przejście.
    - Co jest…?
    - Inne wyjście? Wcześniej… nie było go widać…
    Trudno było im mówić. Chcąc wstać zauważyli, że bolą ich mięśnie. Z trudem podnieśli się do pozycji stojącej trzymając się za ręce. Od strony nowego tunelu dało się słyszeć kroki. Kierowało się w ich stronę kilka osób, które po jakimś czasie pojawiły się w pokoju. Rozalia zauważyła, że żadna z nich nie należy do grupy osób, które wcześniej ich przyprowadziły.
    - Witamy was wybrańcy!
    Czwórka mężczyzn ustawiła się przy wejściu w szeregu i ukłoniła się w ich stronę. Jeden z nich zaczął do nich mówić.
    - Wielki oczekuje waszego przybycia w sanktuarium. Bliski jest czas ceremonii, dlatego byśmy radzi waszej zgody na eskortę ku ołtarzowi.
    Łukasz spojrzał na Rozalię. Miała opuszczoną głowę i oddychała ciężko. Widział, że nawet gdyby chcieli nie dadzą rady się przeciwstawić. On sam ledwo trzymał się na nogach.
    - Kim jest ten… Wielki?
    Zapytał bez zastanowienia. Miał wrażenie, że odwlekając czas, w którym opuszczą to pomieszczenie coś może się zmienić.
    - Nie wolno nam o tym mówić
    - Nalegam na odpowiedź…
    Rozalia uniosła głowę. Zorientowała się, że coś jest nie tak. Spoglądając na ustawionych w szeregu mężczyzn zauważyła, że kilku z nich nerwowo porusza palcami, inni przygryzali wargę. Ich przedstawiciel także nie miał wesołego wyrazu twarzy. Starała się wyprostować, co uczynił też chłopak obok.
    - Dostałem polecenie by przyprowadzić…
    - Nie zgadzamy się na wyprowadzenie nas dopóki nie dowiemy się do kogo mamy się udać.
    Brunet brnął w sytuację chwytając się cienia nadziei, że jednak mają szansę. Liczył się tylko czas. Zauważył, że Rozalia zrozumiała o co chodzi, więc starał się pozować na osobę nieosłabioną.
    - Chciałbym jednak byście się ustosunkowali do…
    - Nie mamy najmniejszego zamiaru.
    Tym razem odezwała się Rozalia patrząc prosto w oczy mężczyźnie. Teraz już całkiem widoczne było zdenerwowanie u wszystkich przybyłych osób. Jeden     - Wam zależy na czasie, nam na odpowiedzi. Dlatego najlepszym rozwiązaniem byłoby gdybyście odpowiedzieli na pytanie.
    - Ale Pani… my nie możemy…
    Po chwili dało się usłyszeć szybkie, ciężkie kroki z wnętrza tunelu. Dziewczyna poczuła lekki uścisk dłoni. Nie było dobrze.
    - Co się tu dzieje?
    Mężczyzna wchodzący do pokoju był jednym z osób, które ich przyprowadziły. Zgromił nastolatków spojrzeniem po czym skierował oczy w stronę wcześniejszego mężczyzny.
    - Panie! Oni wstrzymują się przed pójściem do Wielkiego Pana. Każą opowiedzieć przed wyjściem…
    - Rozumiem możecie odejść.
    Członkowie eskorty szybko skłonili się po czym błyskawicznie wyszli. Mężczyzna pozostały w pomieszczeniu zwrócił się do pozostałej w pomieszczeniu dwójki.
    - Nie wiem co wam siedzi w głowie, ale nie bądźcie tacy nadgorliwi.
    - Chcemy po prostu się dowiedzieć dokąd nas zabieracie.
    Łukasz nadal zostawał przy swoim mimo, że nie czuł się zbyt pewnie. Zauważył, że lepiej mu się oddycha, gorąco powoli przestało być odczuwalne, a ból mięśni zanikał. Jedyne co zostało to ból głowy, który niestety nasilał się z każdą chwilą.
    - Zabiorę was do sanktuarium plemiennego, do naszego przywódcy Wielkiego Derwana, który jako jedyny może i potrafi przeprowadzić ceremonię odnowienia krwi. Damroka powinna była wam powiedzieć o co chodzi.
    - Owszem wspomniała jak to się odbywa i dlaczego.
    - W takim razie nalegam byście opuścili ze mną to miejsce i udali się do celu. Jako jedni z nas powinniście wypełnić swoją powinność.
    Rozalia nie była zadowolona z tego co słyszy. „Jedni z nas, dobre sobie. Chwilę wcześniej porywają nas z miejsca, które nazywamy domem, mówią parę słów o jakimś Prawie i oczekują od nas wypełnienia zobowiązania, które znaczy tyle co nasza śmierć”. Dziewczyna spojrzała na Łukasza, który miał zmarszczone brwi. Wiedziała, że on myśli podobnie. Lekko ścisnęła jego rękę.
    - Rozumiem, że raczej wyboru to tak czy inaczej nie mamy.
    - Nie macie.
    - W takim razie prowadź.
    Mężczyzna odwrócił się i kiwnął na nich ręką. Dwójka spojrzała na siebie po czym powoli wszyscy ruszyli do  tunelu.
    Blask motylich skrzydeł oświetlał trasę tworząc piękną zielonkawą łunę. Po paru metrach od wyjścia droga zaczęła się rozszerzać. W końcu wyszli na pewnego rodzaju plac, gdzie znajdował się tłum ludzi. Większa część z nich widząc ich skłoniła głowy, inni po prostu stali patrząc na ich przemarsz. Wielu z nich wyglądało na chorych. Rozalia poczuła dziwne uczucie w sercu. Z jednej strony chciała uciec jak najdalej z tego miejsca z ukochanym i nie myśleć o niczym, z drugiej pojawiały się myśli skłaniające ją do spokojnego podążania wyznaczoną ścieżką. Widziała w oczach tych wszystkich osób nadzieję. Nadzieję, że coś może się dla nich zmienić. Oczy dziewczyny zaszły mgłą, coś mokrego spływało jej po twarzy. Płakała.
    - Rozalia, co się dzieje?
    Łukasz chciał ją przytulić, pocieszyć, ale nie wiedział co mógłby powiedzieć. Sam nie czuł się zbyt pewnie w tej sytuacji. Ona jednak tylko otarła łzy kręcąc głową i szła dalej. Nawet nie zauważyła, że prowadzący ich mężczyzna zatrzymał się patrząc na nią z niedowierzaniem, nie dotarły do niej zszokowane spojrzenia wśród tłumu. Dziewczyna brnęła przed siebie jakby znając drogę. Ból rozsadzał jej głowę. Łukasz szedł za nią w milczeniu, obserwując każdy jej ruch. Wiedział, że coś się w niej zmieniło, ale nie był w stanie stwierdzić co takiego. Po niedługim czasie jednak ból głowy przyćmił wszelkie próby myślenia i on również zaczął iść kierowany przez swój instynkt.
    Dotarli do jakiegoś ogromnego pomieszczenia, jednak nie zatrzymali się. Mężczyzna, który chwilę wcześniej ich dogonił, chciał ich zatrzymać, oni  jednak odwrócili się w jego stronę i zgromili go spojrzeniem. Nie mógł się ruszyć. Dwójka wybrańców przeszła przez wielką salę, do miejsca przykrytego zasłoną z liści. Weszli poza nią do części otwartej u góry, zewsząd oświetlonej przez księżyc, z dużym głazem pośrodku wyglądającym na ołtarz. Przystanęli spoglądając w rozpościerające się nad nimi niebo.
    - Piękny prawda?
    Wypowiedziane przez kogoś słowa odbiły się lekkim echem po ścianach. Mimo to oboje niewzruszeni nadal wpatrywali się w pełnię, słuchając. Głos kontynuował.
    - Jest naszym opiekunem, daje nam siłę by dalej trwać. Dzięki Niemu jesteśmy tacy jacy jesteśmy. To On daje nam światło, to Jego prawem musimy się kierować. Wy również jesteście tu dla Niego.
    Kotara osłaniająca pomieszczenie została podniesiona powodując zwężenie otworu. Księżycowe światło skupiło się jedynie na ołtarzu. Oboje nastolatków ruszyło przed siebie w stronę głazu, jakby byli przyciągani przez łunę. Do ołtarza prowadziły niewielkie schody, a na jego środku wyrzeźbione zostały dwa wgłębienia, od których prowadziły kanały prowadzące do swego rodzaju zbiorników poniżej.
    - Dla Niego, ale także dla nas.
    Zza pleców wspinającej się dwójki dało się usłyszeć wzmagający się szum. Ludzie mijani wcześniej na korytarzach zaczęli się gromadzić w ciemnej sali. Nie było ich jednak widać, jedynie dźwięk świadczył o ich ilości. Jedyne źródło światła znajdowało się bezpośrednio nad ołtarzem.
    Gdy oboje nastolatków dotarło na szczyt spojrzeli na siebie. Piłujący ból głowy nadal się nasilał, ale byli w stanie zarejestrować swoją obecność. Złapali się za ręce. Podczas przemowy starca zaczęli jednak odczuwać coś jeszcze. Nieprzyjemne uczucie pod skórą, jakby coś się pod nią ruszało, potęgowane przez odczucie gorąca. Do stojących na ołtarzu nastolatków dołączyło czterech mężczyzn, jednak nie zostali nawet zauważeni.
    - Nadszedł dzień, w którym ukrócone zostaną nasze długoletnie cierpienia. Nasze plemię gasło w oczach. Wielu z naszych pobratymców męczy choroba. Wielu dokonało żywota. Pół milenium czekaliśmy na naszych wybawców i oto przybyli.
    Spojrzenia wszystkich spoczęły na ołtarzu, a w sali zaległa głucha cisza. Wybrańcy zaczęli się dziwnie zachowywać, wijąc się i drapiąc miejsca, które zostały objęte dziwnym uczuciem. Oboje zostali złapani przez wcześniej przybyłe osoby. Po jakimś czasie zaczęli się wręcz wyrywać, cicho jęcząc z bólu.
   - Osiemnaście lat temu zrodzone zostały kwiaty, które teraz dają owoc. Owoc, który dojrzewał byśmy mogli odzyskać dawną siłę.
    Głos starca zaczął się zbliżać w stronę ołtarza, a po chwili w świetle księżyca zalśniły dwa ostrza. Starszy mężczyzna wchodził powoli po schodach, trzymając w rękach sztylety. Podszedł do trzymanych osób. Pomimo bólu zarówno dziewczyna jak i chłopak nadal trzymali się za ręce. Ich skóra parowała, a oczy świeciły się w szale jaki ich ogarnął. Widać było, że osoby ich trzymające ledwo dają radę wykonywać swoje zadanie.
    - Ja, Derwan, na mocy Prawa rozpoczynam ceremonię odnowienia krwi.
    Starzec podszedł do nich i sztyletami przeciął skórę nadgarstków. W sali rozległ się przeraźliwy wrzask, a na ołtarzu pojawiły się plamy krwi. Wgłębienia na powierzchni zaczęły szybko zbierać w sobie czerwoną ciecz, podczas gdy ofiarna dwójka nadal rzucała się próbując uwolnić z uchwytu. Po krótkim czasie jednak oboje się uspokoili, gdy utrata krwi ich osłabiła. Mężczyźni trzymający ich nie musieli już używać siły by ich utrzymać, po pewnym czasie położyli ich na głazie. Kiedy w sali ponownie zaległa cisza, starszy mężczyzna ponownie przemówił.
    - Przepowiednia wypełniła się. Nastał czas byście uwolnili się od ciążącego na nas fatum. Podejdźcie i nabierzcie sił na następne lata.
    Z czerni dało się usłyszeć szelest, a po chwili w świetle pojawiły się pierwsze twarze. Były to twarze małych dzieci, które podchodziły do ołtarza z konsternacją i które z niewielkim oporem robiły to co im nakazano. Wzięły do rączek niewielkie czarki napełniły je w zbiornikach i wypiły. Wokół nich pojawiło się coś w rodzaju zielonej mgły. Dzieci odstawiły czarki, ukłoniły się w stronę ołtarza i odeszły robiąc miejsce dla kolejnych, coraz starszych osób. Każdy po kolei robił dokładnie to samo i każdy odchodził z uczuciem ulgi jak i żalu w sercu.
    Rozalia po którejś osobie z kolei zaczęła odczuwać zimno i pewien rodzaj odrętwienia. Ból, który wcześniej rozrywał ją od środka powoli odchodził w zapomnienie. Dziewczyna zauważyła, że podchodzą do nich już osoby w wieku jej rodziców, jednak zaraz po tym odpłynęła. Ocknęła się chwilę później, spojrzała na Łukasza, który miał zamknięte oczy. Chciała się do niego przysunąć jednak nie miała siły, uścisnęła lekko jego dłoń, po czym znów straciła przytomność. Gdy ponownie ją odzyskała do ołtarza podszedł już Derwan. Zaczął coś mówić, ale ledwo go słyszała. Widziała, że się ukłonił. Było jej zimno. Poczuła lekki uścisk dłoni i odwróciła głowę. Łukasz patrzył na nią z przymkniętymi oczami. Chciał coś powiedzieć, ale nie dał rady wydać z siebie dźwięku, więc odczytała słowa z ruchu warg. Uśmiechnęła się i zamknęła oczy, po czym odpowiedziała w ten sam sposób: „Ja Ciebie też kocham”. Potem była już tylko czerń.



-KONIEC-

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz